Wolne-dziennikarstwo.pl - Zaobrączkowani z jedną rolą
wolne dziennikarstwo


Chyba nie ma nic bardziej wkurzającego dla aktora, niż związanie świętym węzłem małżeńskim z jedną rolą. Czegokolwiek nie zagra i tak ludzie skojarzą go z tym jednym, jedynym występem. Pech, jeżeli akurat grasz gościa, który swój pierwszy raz przeżył z szarlotką. Niektórym jest to na rękę – zawsze można odcinać kupony od odgrzewanych kotletów (frazeologiczne combo!). Jednak z reguły aktorzy przynajmniej stwarzają pozory ambicji.

Przypuśćmy, że taki Elijah Wood idzie do kina na film, w którym gra (tak, to się zdarza) i w kolejce po bilety słyszy rozmowę: - A kto w ogóle gra w tym filmie? - Frodo i ta laska od Toma Cruise'a (przykro mi Katie – większość ludzi kojarzy cię ze skaczącym po kanapach mężem). A przecież grał też w innych filmach! Chodził z obitą twarzą w „Hooligans”, był tym wkurzającym chłopcem z „Flippera”, a ostatnio nawet palił z bongo z facetem przebranym za psa! Mimo wszystko biedny Elijah i tak kojarzony jest ze wełnianą peleryną, pierścionkiem na łańcuszku i owłosionymi stopami. I kopie sobie dołek dalej, o czym niedługo przekonamy się w kinach.

Problem dotyczy nie tylko hobbita Frodo, ale również jego znajomego Gandalfa i także kolegów po fachu – Indiany Jonesa/Hana Solo (i reszty wesołej gromadki z pierwszych trzech części Gwiezdnych Wojen), Neo, Edwarda Cullena, Ojca Chrzestnego, Bridget Jones czy Jacka, który nie zmieścił się na drzwiach. W kolejce czeka też Dominik z Sali Samobójców. Zakładam, że nawet jeżeli przeczytałeś poprzednie zdanie i nie potrafisz sobie skojarzyć nazwiska aktora, to i tak masz przed oczyma jego twarz. Taki więc jest problem z charakterystycznymi rolami – miło je zagrać i potem być kojarzonym, ale tylko dopóki nie zaczniemy kolejnego projektu, czytaj 2 miesiące po premierze.

 

 

Fatalna jest również sytuacja, gdy wpadniesz w swoisty ciąg ról – bo dobrze umierasz albo umiesz latać helikopterem. Weźmy takiego Seana Beana. Kontynuując dalej rozpoczętą w pierwszym akapicie metaforykę ślubną, słowa „i że Cię nie opuszczę aż do śmierci” stają się w jego przypadku dramatycznie prawdziwe. Czy wiecie, że jeden Sean Bean umiera co 1,24 roku poprzez eksplozję, zadźganie, zakopanie żywcem, zamarznięcie, często bywa zastrzelony (z łuku, rewolweru, shotguna, karabinu maszynowego) czy ścięty? Umierać przed kamerą i dostawać za to pieniądze. Można by rzec: żyć, nie umierać. Nawet, jeżeli samemu Beanowi to nie przeszkadza, fani wytoczyli już internetową akcję, by wytrzymał cały 2012 rok bez przechodzenia do krainy wiecznych łowów.

A dużo przecież zależy od fanów, a nie jak się powszechnie sądzi od krytyków. To fani idą do kina i kupują filmy na DVD. Mogą wysławiać swojego idola pod niebiosa, a z drugiej strony przecież haters gonna hate. To oni proszą Harry'ego Pottera o autograf, nawet jeżeli Daniel Radcliffe płacze, że nie ma przy sobie różdżki, a blizna była przyklejona. Dajmy więc się aktorom rozwijać i nie ograniczajmy się do sprawdzenia ich najsłynniejszych ról. Wyjdźmy poza krąg zaufania do ich możliwości i odkrywajmy nieznane, nawet gdy przez ponad dwie godziny mielibyśmy oglądać jak przemierzają pustynię, walcząc z tymi nieobliczalnymi fenkami i wytrzepując piasek z butów.

Wyświetlenia: 1591
Proponowane artykuły