Wolne-dziennikarstwo.pl - Zdradliwa wena
wolne dziennikarstwo


Czasami martwię się, że zabraknie mi kiedyś weny. Umrze sobie gdzieś w kącie razem z polotem scenarzystów „Zagubionych”, potrącając po drodze twórców „Oszukać Przeznaczenie” (no bo ile razy można szukać nowych sposobów na zabicie kogoś? A pomysł z mściwą wodą wypływającą z klozetu w I części – klasa, chłopaki.).

A to wszystko za sprawą tego, że kilka tygodni temu otworzyła się jakaś zakurzona klapka w mojej głowie. Przypomniał mi się pewien artykuł z BRAVO, który przeczytałam mając jakieś 11 lub 12 lat. Trudno powiedzieć tak naprawdę, że to był artykuł, raczej podpis do główki i dalej zastanawiam się, czy był choć w 15% prawdziwy (co i tak przewyższa zawartość mięsa w standardowej parówce), ale z drugiej strony, co ja tu się dziwię? To było BRAVO, na litość boską. Otóż ten króciutki tekst głosił, że Eminem ma pewną fobię. Mianowicie największym strachem napawa go myśl, że może kiedyś stracić wenę. Tak za sprawą tego cudownego medium od legendarnej ciepłej kaszanki ta obawa zagnieździła się gdzieś z tyłu mojej głowy i pojawia się jak ten upierdliwy spinacz w Wordzie. Nie pyta jednak, jak mi pomóc, a obwieszcza Caps Lockiem, że NIC MĄDREGO DZISIAJ NIE NAPISZESZ.

Nie mnie oceniać, czy Eminem dalej ma swoją wenę, bo najzwyczajniej nie znam za dobrze jego dorobku muzycznego. Jednak wychodząc od niego, pójdę dalej – dla innych to on był inspiracją, np. w przypadku strażników z Guantanamo Bay. Puszczany na zmianę w doborowym towarzystwie - z motywem z „Ulicy Sezamkowej”, ulubioną piosenką fioletowego dinozaura Barneya i Christiną Aguilerą służył do torturowania więźniów. Przykre? Na miejscu Eminema dostałabym depresji.

Może nie należy się jednak tym tak bardzo sugerować (jeszcze raz podkreślam, że cała sprawa ma swoje korzenie w BRAVO. Na szczęście nie GIRL.) i nie mam co się martwić na zapas, póki wpadają mi do głowy pomysły. Sytuacja zmieni się, kiedy strzeli mi coś do głowy i nazwę bohatera swojej reklamy Maćkiem Gajwerem albo swoją restaurację Vi Waldi (z tego miejsca chciałabym pozdrowić pana Waldemara z Częstochowy, zapewne jej fenomenalnie kreatywnego właściciela) – moje ulubione sztandarowe przykłady złośliwej weny. Wtedy zastanowię się ewentualnie nad obawami Eminema i może podobnie do niego rozjaśnię sobie włosy wodą utlenioną.

Teraz będę jednak pierwszą osobą, która przyzna Lechowi Rochowi Pawlakowi rację – faktycznie „wena jest King Konga”. Panie Pawlak, zainspirował mnie Pan. Dzięki takim ludziom jak Pan, ja i kilku forumowiczów z Onetu (np. „czuly_wojtek”) będziemy mieli o czym pisać do końca świata i jeden dzień dłużej. Czyli do 22 grudnia tego roku.

Wyświetlenia: 1323
Proponowane artykuły