Wolne-dziennikarstwo.pl - Którędy do Europy z Bałkanów?
wolne dziennikarstwo


Byłem na początku sierpnia przez dwa tygodnie na Bałkanach, w mojej Macedonii. Na wakacje. Tzn. na tyle dni, na ile mi moje polskie obowiązki pozwoliły, a przy tym po to, aby odwiedzić rodzinę, przyjaciół, kolegów, zobaczyć nowe zabytki w moim rodzinnym mieście i – wrócić do polskiego domu. Upały nawet do +50 C, ale jednak – jak mnie zwykle takie przeczucia nie omijają – poczułem coś w powietrzu. Trudno to opisać, sam mam mieszane uczucia. Pooglądałem trochę telewizji, pogadałem z kumplami i kolegami na różne wspólne tematy, zauważyłem parę ciekawych zjawisk, o których będąc na co dzień w Polsce raczej zapominam. Może nie tyle zapominam, ale pochłonięty obowiązkami codziennymi przerzucam je jakoś na boczne tory, niespecjalnie chcę się nimi przejmować. Wiadomo, nie będzie i tym razem o polityce, o sporach między narodami i krajami, przecież pisałem tu wcześniej o potrzebie łamania stereotypów. Chodzi mi o to, w jaki sposób tamtejsi zwykli ludzie widzą to, co nas pochłania, mieszkających tutaj, rzekłbym, w Unii Europejskiej.

Owo ostatnie? Może kogoś rozczaruję, ale szczerze – nie interesuje ich to wcale. Ani nie mają aspiracji do faktycznego wstąpienia w struktury unijne (nawet Chorwaci, którzy prawie za rok przystępują formalnie do UE, nie czują jakiejś specjalnej euforii z tego powodu), ani nie czują takiej potrzeby – potrzeby zintegrowania się z kimś spoza swojego otoczenia. Mówię o ludziach młodych, z dużych miast, nie o tych, co żyjąc gdzieś tam na bałkańskim poboczu, w pięknych górach czy nad Jeziorem Ochrydzkim, tą sprawą już zupełnie przestali się interesować. Tabula rasa. Nie ich problem i raczej się nim nie przejmują. „Po co mamy się integrować z kimś, od kogo się w zasadzie bardzo różnimy”? No, tak. Są dwa wnioski, które chciałbym przeanalizować w związku z tym.

Wniosek pierwszy. Na Bałkanach ludzie zawsze są zwróceni do siebie, nie do swojej jednostki, lecz do tego, kto znajduje się obok. Przeciętnego człowieka interesuje jego życie, jego kariera, ciekawi go, co zrobił w swoim ogrodzie lub gdzie i z kim wyszedł na kieliszek rakii czy na kawkę. Czyli, cechy mentalności zupełnie odmienne od tych tutaj, w Polsce chociażby. Narzekanie? Bo przecież Polacy (i zarazem inni Europejczycy) znani są z narzekania, ale tamci? Broń Boże! Zapytasz kogoś „Jak Ci się wiedzie, stary”, a prawie każda odpowiedź zabrzmi: „Wiesz co, władza jest do bani, ale ogólnie to bardzo dobrze. Starczy mi na wyjście do knajpy, do sąsiada mogę w każdej chwili skoczyć na kawę, mam na paliwo tyle, ile trzeba, by gdzieś na parę dni skoczyć, na ciuchy (to wiadomo, kultowa rzecz dla Bałkańczyka) zawsze mi starczy, no i tyle”. Super! Nic więcej im nie trzeba, nawet jakiegoś ‘przeskoku’ w inne środowisko, do innego kraju, aby odwiedzić i zobaczyć, jak się żyje gdzieś poza granicami, co ci ludzie robią, jak im się żyje od 1-go do 31-go. Ignorancja. Ale po co? Wystarczy rakija, szpricery (świetnie orzeźwiający drink, popularny na Bałkanach w upalne dni, sporządza się z białego wytrawnego wina i wody gazowanej, o wiele bardziej przydatny w letnie upały od piwa na przykład), trochę muzyczki ludowej, bogate menu i? No i tyle. A Europa? Kryzys? „Chłopie, kto ma na to czas, by się tym przejmować”, tak brzmiały odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania. Ha ha, bo oni czasu „nie maja”, dobre i to…

Wniosek drugi. Komunikacja społeczna między podzielonymi krajami. Gdy z kolei zadaję im pytania na te tematy, odpowiedź jest: „Jakie podzielone?”, odpowiadam „No, między dawnymi republikami ex-Jugosławii”. Odpowiedź: „Stary, te podziały chyba tylko w głowach ograniczonych pozostały! Włącz kablówkę i zobacz, co się dzieje, a potem mi tu tak gadaj”. Proszę… No i włączam, a tam – wspólne programy muzyczne. Albo reality-show, w którym uczestniczą panie i panowie ze wszystkich tych krajów. Albo filmy fabularne, które idą regularnie z napisami w każdym z języków południowosłowiańskich. Choć od zawsze tak było na Bałkanach, że nie ma lektora, jak to jest w polskiej telewizji; czasami tu nie wiem, na kim mam się skupiać: słuchać głosów w oryginalnej wersji filmu czy tego pana, napinającego się, by pokonać te wszystkie głosy?! Przez ponad 20 lat się właśnie tak męczyłem, przez co na dodatek zepsułem swój, kiedyś raczej porządny, angielski. OK, ale nauczyłem się lepiej mówić po polsku , chociaż i tak bym ten poziom osiągnął pracując w jednostce akademickiej. A w tych muzycznych programach tańczy się i śpiewa na okrągło. Śmiech i wesele. Obnażone ciała bałkańskich bohaterek w kombinacji z muzycznie utalentowanymi ładniutkimi panami/paniami. Publiczność w studiu, do tego mieszanej narodowości, w delirium. A na samym dole ekranu smski z życzeniami, ofertami matrymonialnymi i nie tylko. I patrzę: pary podające jakiś swój kod, a administrator odpisuje im, jakie ich wspólne życie czeka i czy ich charaktery do siebie pasują. Serb z Serbką, Bośniak z Bośniaczką, to wiadomo. Ale i wiele takich, w których parę tworzą – wg mojej wiedzy na temat rodowodu imion z naszego kręgu kulturowego – prawosławny Serb z Bośniaczką muzułmanką, katolik Chorwat z prawosławną Serbką, muzułmanin Bośniak z katoliczką Chorwatką, prawosławni Macedończyk z Serbką, czyli wszystkie związki z różnych krajów (Bośni, Chorwacji, Macedonii, Serbii).

Tzn. „krajów”. Te kraje są wszystkim, tylko nie krajami odrębnymi, rozpatrując rzecz kulturowo! To wniosek nie drugi, lecz pierwszy i jedyny, rzeczywistość, która nadal pozostała żywa i która – pomimo faktu, iż od rozpadu minęło ponad 20 lat (czyli część młodzieży nawet nie zaznała życia w ex-Jugosławii), a ponad 15 od zakończenia wojen – nadal jest aktywna i ulega modyfikacji, takiej wewnętrznej re-integracji!

Kiedyś za czasów Jugosławii krążył taki dowcip, słyszałem go po raz pierwszy chyba, gdy miałem z 14 czy 15 lat. Niemiec, wzór pracowitości, dyscypliny oraz porządku, rozmawia z mieszkańcem dawnej Jugosławii, nauczonym żyć na luzie. Toczą dyskusję na temat, gdzie się lepiej żyje, ile kto zarabia, jakimi samochodami jeździ, ile razy w roku wychodzi do knajpy, jaki duży ma dom itp. I owszem, Niemiec potwierdza, że on to pracuje od 8 do 16, jeździ mercedesem, oplem, BMW i ma dom od ponad 250 m kw. Mówi, że w każdej chwili może krzyknąć na ulicy „Mam dość tego rządu, tej władzy”, a „jugol” nie może. A ten mu ripostuje: „W odróżnieniu od Ciebie ja do knajpy wychodzę nie raz do roku, ale o wiele częściej. Jeżdżę nieco słabszym autem, ale mogę się z pracy zwinąć 2-3 h wcześniej. Mój domek nie jest taki duży, ale mi starczy. Mam zawsze na ciuchy, na kielichy, na papierosy, na wyjazdy kiedy zechcę itp. To po co mam krzyczeć „Dość z tymi rządami?”.

Morał. W Europie istnieją nie dwie, a więcej prędkości. A propos tych dywagacji, które tutaj często słyszymy, mianowicie że w świetle kryzysu gospodarczego (lub „greckiego”) tworzą się dwie Europy dwóch prędkości. Jedna z tych wolniejszych to właśnie ta bałkańska. Trudno podać jej granice, gdzie więcej, a gdzie mniej ta prędkość jest widoczna. Potrzeba zintegrowania się tam, owszem, istnieje, jednak ta integracja nie prowadzi ani przez, ani do Unii Europejskiej. Ludzie nadal żyją w tym „swoim” świecie, mimo wojen, mimo konfliktów lub zniszczeń (które wprawdzie nie zostały zapomniane, ale ludzie jakoś szybciej przez to przebrnęli, niż w przeszłości robili to w podobnych sytuacjach mieszkańcy innych części Europy), a którymi nadal – widzę – trują nas niektóre tutejsze media. To w ogóle nie ma tam racji bytu. Trzeba trochę lepiej znać tę mentalność, wczuć się w te relacje emocjonalne i kulturowo-historyczne, aby zdawać sobie z tego sprawę.

Którędy do UE z Bałkanów? Autostradą”, jak mi ktoś żartobliwie odpowiedział na moje pytanie. Bo szybko się do niej dostaniesz, ale jeszcze szybciej wrócisz do swojego otoczenia. Do „swojej duszy”.

 

Wyświetlenia: 2076
Proponowane artykuły