Wolne-dziennikarstwo.pl - Podsumowania czas
wolne dziennikarstwo


Ciepłe, przyjemne słoneczne popołudnie na warszawskim Ursynowie. Ostatni tydzień sierpnia i tablica na Facebooku zawalona wakacyjnymi zdjęciami znajomych, tych bliższych i tych dalszych. Idę do parku, bo ciężko samej w mieszkaniu. Jak dobrze, że to koniec praktyk! 

Dwa miesiące to zdecydowanie za dużo. Nie wyniosłam takiego ogromu wiedzy, jakiego oczekiwałam. Nie pochwalę się swoimi materiałami w Faktach czy w eterze. Ale nie o to chodzi. Podsumowując już wszystkie lekcje stwierdzam, że najważniejszą była CIERPLIWOŚĆ. Najczęściej nie jest kolorowo, szybko kończy się materiał dla praktykanta i coraz częściej słyszysz: Zajmij się sobą. Dużo się dowiedziałam o pracy regionalnego oddziału „wielkiej TV”, a także głównie o producenckiej stronie radia alternatywnego. To drugie chyba najbardziej mnie cieszy. Już wiem, że na zwykłą playlistę składa się praca wielu ludzi i synchronizacja wielu jednostek.

Co jeszcze mogę Wam podpowiedzieć odnośnie praktyk, to na pewno to, że bardzo należy uważać na „portalowe” znajomości z pracownikami danej placówki. Generalizuję w tym momencie, bo przecież są wartościowe znajomości i oby takie przetrwały dłużej! Tutaj raczej chodzi mi o granice, które trzeba sobie postawić w tym, co publikujemy i pokazujemy BLISKIM znajomym i WSPÓŁPRACOWNIKOM dopiero poznanym. Zwykły blog może przysporzyć niezwykłych kontrowersji.

Będąc już od dłuższego czasu w Warszawie, ni stąd ni zowąd dowiedziałam się, że moja relacja z praktyk w TVN24 nagle wywołała tam wielkie poruszenie. No bo jak praktykantka może obsmarowywać własnego pracodawcę, jak może opisywać tak „prywatne” rzeczy. Broń Boże, żeby „góra” to przeczytała! Racja. Moim błędem było to, że nie spytałam o oficjalne pozwolenie na napisanie relacji! Przyznaję się do tego oficjalnie i jestem gotowa ponieść konsekwencje. Gdybym spytała, pewnie byłyby 3 opcje:

  • dostać to pozwolenie,

  • dostać je z wyraźnymi granicami,

  • nie dostać go w ogóle.

Tutaj przyznaję się do swojego zaniedbania. Aczkolwiek nikt nic nie mówił, że nie można na swoim blogu opisać rzeczy oczywistych, w dodatku pisząc w samych superlatywach... Pierwszy impuls afery przyszedł od osoby kompletnie do tego nieadekwatnej, której jedynym sposobem na wyjaśnienie tej sprawy było usunięcie mnie ze znajomych. Postanowiłam nie usuwać relacji z praktyk dopóki nie dostanę o to prośby z uzasadnieniem, jednak osoby do tego kompetentnej. Przy relacji z Roxy opublikowany już tekst ocenzurowałam. Dla własnego bezpieczeństwa i jako kolejną wyniesioną lekcję. Dla mnie i dla Was. Jeśli bardzo chcielibyście iść w moje ślady, lepiej się upewnijcie, że nie zostaliście objęci klauzulą milczenia.

Jednak jak się okazuje – o milczeniu zaczyna być głośno. Artykuł o TVN24, który ucisza swoich pracowników – powiem szczerze – przeczytałam z dziką ciekawością. Szczególnie, że pojawił się tam kontekst Krakowa, czyli środowiska, które miałam okazję odwiedzić. Zaraz potem pojawiła się afera na Twitterze. Ostra wymiana zdań pomiędzy Krzysztofem Skórzyńskim, Sylwestrem Latkowskim i Tomaszem Machałą. Nie używam Twittera i nie wiem, jak się po nim poruszać, dlatego sens owej rozmowy gdzieś się zapodział. Tyle ile udało mi się wywnioskować to to, że Krzysztof Skórzyński mocno wypiera się aby ktokolwiek go uciszał. Czy ma rację? Zapewne autor z portalu NaTemat, który poruszył sprawę cenzury w TVN24, popełnił podobny błąd do mojego, czyli nie dopytał, nie zapytał o oficjalną wersję. Teoretycznie: po co, skoro wszystko „widać jak na dłoni”? Skórzyński żegna się ze wszystkim bez słowa wyjaśnienia, kontekst powstaje sam i każdy użytkownik Twittera dopowiada swoją historię. Praktycznie: należało się spytać i tym samym zapewnić alibi dla własnego pióra. Masz otwarte i jasne oświadczenie, nawet jeśli nie jest prawdziwe, to ciesz się i twórz artykuł. Tylko nasuwa się pytanie: czy w takim wypadku owy artykuł ma sens? Czy warto pisać, że w redakcji wszyscy uważają, że upały są tematem dnia i robić idiotę z siebie i z owej grupy dziennikarzy? A może warto zamknąć buzię na kłódkę? I znowu pojawi się problem „cenzury”.

Dobrze, dopóki cenzura jest w nas samych i my własnym sumieniem rozstrzygamy co warto powiedzieć, a co zachować dla siebie. Gorzej, kiedy cenzura przychodzi z góry. Czy powinna przyjść? W tym momencie polecam artykuł portalu (a jakże!) NaTemat pt. ”Dajcie spokój z tym Twitterem”. Jest on opozycyjny wobec ostatniego artykułu naszego autora Bartka Machnika, ale oba dopełniają oczywistego obrazu portali społecznościowych. Pozwolę sobie zacytować fragment wpisu Bartka Machnika: Francuscy dziennikarze, używający TT wyznają zasadę: „Nie mówię tu [na Twitterze] niczego, czego nie powiedziałbym na antenie radiowej, nie napisałbym w swojej gazecie”.

Dalej autor zapewnia, że w Polsce, gdzie jest kompletnie odwrotnie, możemy poznać „prawdziwą twarz” elit. Ostatnie wydarzenia raczej tego nie potwierdzą. „Góra” i tak cię skontroluje, poprosi grzecznie o usunięcie wpisu, ewentualnie pokaże pismo, które jasno będzie mówiło o zwolnieniu z pracy. Nie ma prawa? Ma. Szczególnie, jeśli jej własny pracownik ją ośmiesza. Tzw. brak lojalności. Pracuję w Belly Opole, a na własnym profilu wypisuję jaki to taniec brzucha jest głupi, a instruktorka do bani – przykładowo ;) Ale jeśli napiszę, że osobiście uważam, że taniec brzucha wcale nie pomaga utrzymać nienagannej sylwetki i ja mam na to inne sposoby, to jest to MOJE WŁASNE zdanie. Wracając jednak do osób publicznych: zadaję sobie pytanie na ile ich wpisy są osobiste? Na ile nie są kreowane przez chęć pokazania jaki to jestem alternatywny/modny/oczytany/światowy itd. Niby prywatne rozmowy dziennikarzy i polityków na Twitterze, ale w większości wypadków są obsadzane w konkretnym kontekście i w konkretnym czasie – gdyby były naprawdę prywatne nie toczyłyby się na portalu, gdzie każdy może zajrzeć. To samo dotyczy Facebooka. Mimo wszystko dane konto jest podpisane moim imieniem i nazwiskiem, i dopóki nie piszę kompletnych bzdur na temat redakcji Wolnego Dziennikarstwa, to Wolne Dziennikarstwo nie wtrąca się w moje wpisy. I to daje mi możliwość nie zgodzenia się ze zdaniem Bartka Machnika odnośnie Twittera. To daje mi również możliwość wejścia w merytoryczną polemikę z każdym innym autorem portalu.

Portale społecznościowe różnią się od siebie niewiele. Warto zakładać tam konta; każdy znajdzie dla siebie odpowiedni powód do tego, i dobrze! Wpisy osób publicznych na wszelki wypadek lepiej traktować z przymrużeniem oka. A przede wszystkim dać głos autocenzurze i trzy razy przemyśleć, co chce się opublikować i komu to pokazać. Dla własnego komfortu psychicznego i zachowania zdrowych relacji ze znajomymi – tym z podwórka i tymi z pracy.

Wyświetlenia: 1877
Proponowane artykuły