Wolne-dziennikarstwo.pl - Film o mnie
wolne dziennikarstwo

Paź
28

Funtów ważę około 140, ale bardziej podoba mi się wartość w uncji. Mam uncji w tysiącach i jak widać sprawny przelicznik w telefonie. Za to brak pomysłu o czym pisać. Przed chwilą skończyłam oglądać Before night falls o Reinaldo Arenasie. Kubańskim pisarzu, homoseksualiście, kontrrewolucjoniście. Cztery słowa, a jak barwnie.

Lubię biograficzne filmy. Powodują, że za każdym razem zdaję sobie sprawę jak nudne życie wiodę, co i bez nich wiem doskonale. Dają kopa. Po the endzie (z rzadka happy) łapię się na nocnym pisaniu. Gdy nie mam sił ślęczeć nad kartką przy imitacji światła dziennego (jedną żarówkę mam żółtą, żeby zapobiec syndromowi Wertera i przedwczesnemu samobójstwu jesiennym, szarym wieczorem), która bije z sufitu, to chwytam za telefon i zaczynam na nim pisać. Chociaż jedno oko powzięło walkę o sen i z impetem się zamknęło. Zlana potem od gorączki. A może po prostu kołdra po szyję nie służy wczesną jesienią. Nieważne. To się nie liczy w rozgrywce ja kontra myśli i ja versus film wspomniany we wstępie.

Ja – temat, na którym widz miałby się skupić około godziny 55. Godzinę 30 mają filmy telewizyjne, te, którym łatwo można przyczepić łatkę „film wykupiony przez Polsat” (którym bezapelacyjnie jest Kevin sam w domu), „film wykupiony przez TVN” (Shrek). Ponad dwie godziny nudzą, gdy ktoś ambicję wpakował w długość, nie jakość. Chyba, że przez te dwie nie wiem co jest grane. Całkowicie. A jak już zaczynam rozumieć, to kolejny zwrot akcji, choć już witałam się z gąską i byłam pewna, że wiem kto zabił. Jak w Memento. Pardon. Memento ma godzinę 53. Wyciągam średnią na godzinę 30, a film o mnie mógłby się skończyć śmiało po piętnastu minutach. Czemu? Bo film o mnie konfrontuje z kolejnym - Control. O wokaliście Joy Division. „Love will tear us apart” - znasz. No przecież każdy zna. Czarno biały portret wokalisty. Dramat, który nie jest hermetyczny i zrozumiały tylko w środowisku fanów zespołu. Wiem, bo nie jestem fanką.

Kolejny mógłby być Ray, bo Raya Charlesa też znasz. Każdy zna. Dużo dobrej muzyki. Całość trzyma klimat. A jeżeli lecimy już filmografią głównego bohatera (Jamiego Foxa), to jest i Solista. Ponoć kiepski w porównaniu z książką, ale wzruszający. Cadillac Records. Tu zaskakuje Beyonce, bo zagrała wyjątkowo dobrze i sprzątnęła mi sprzed oczu pogorzeliska po Dreamgirls. Podsunęła pod nos, graną przez nią, Etta'e James, której (aż wstyd się przyznać) do tej pory nie znałam. Jest jeszcze Chaplin. Niewybitny, ale historie opowiada szczególną. Bo Charlie Chaplin to nie tylko facet z laseczką, w meloniku. Nie zawsze włóczęga.

Brak pomysłu o czym pisać. Zafunduje sobie kolejny seans. Wszystkie wymienione filmy nie są produktem lokowanym, ale każdy mogę polecić. Nie są musicalami (choć w większości to biografie muzyków). Żadną Burleską. To nie kolejny superbohater od Marvela, nie zafundują szturmów, batalii, ofensyw. Może nawet ziewniesz ukradkiem w trakcie. Ale w czasie napisów, zastanowisz się znów w głuchej ciszy ile trwałby film o Tobie. W ocenach na filmwebie wahają się między 8 a 10. W moich ocenach.

Wyświetlenia: 2564
Proponowane artykuły