Wolne-dziennikarstwo.pl - James Bond pokazuje więcej niż kiedykolwiek - recenzja filmu „Skyfall”
wolne dziennikarstwo


Sama postać jest legendą, która powstała w głowie angielskiego pisarza Iana Fleminga, który nazwał tak swą postać po ornitologu - Jamesie Bondzie. Pierwszą książkę z tym bohaterem, „Casino Royale”, Flaming napisał, uciekając na urlop od ciężarnej żony. Niezbyt to chwalebne, ale myślę, że jednak zyski z Bonda pozwoliły jakoś to jej wynagrodzić.

Tu kolejna ciekawostka, otóż wspomniany ornitolog był wśród 100 osób zapisanych na casting do pierwszego filmu o agencie 007 – „Dr No” (1962). Został jednak odrzucony, a rolę otrzymał Sean Connery.

Nad całym opisywaniem postaci agenta brytyjskiego wywiadu nie ma co się rozwodzić, gdyż po prostu zna go każdy. W tym miejscu zajmiemy się najnowszym filmem z serii pod tytułem „Skyfall”. Jest to już 23 obraz z Jamesem Bondem, który jednocześnie obchodzi jubileusz 50-lecia. Co jednak ludzie w nim widzą, że wciąż pędzą do kina jak student po darmowe piwo? Bond bowiem tak samo bezlitośnie bije oprychów na ekranie, jak i rekordy popularności w notowaniach filmowych.

Oczywiście należy mieć do tej postaci dystans. Wszak to nie kino egzystencjalne, lecz dobra rozrywka na wysokim poziomie. Oczywiście, jako film akcji, „Skyfall” jest zrealizowany z przytupem i bez zahamowań. Strzelaniny, wybuchy, pościgi, piękne kobiety (szczególnie zjawiskowa Bérénice Marlohe), czy szybkie samochody - to wszystko tworzy tzw. „męskie kino”, na którym i panie nie będą się nudzić. Kiedyś James Bond uważany był za „Kena” w nienagannym garniturze, który podrywając urocze niewiasty, ogrywa wszystkich w pokera i przy okazji ratuje świat popijając Martini, wstrząśnięte i nie zmieszane. Czasy się zmieniły, kino się zmieniło i od czasu mianowania Bondem Daniela Craiga również wiele się zmieniło.

Niektórzy narzekali na stopniowe odchodzenie od wspomnianego pierwowzoru, ale nie wszyscy wiedzą, że dopiero postać wykreowana przez najnowszego agenta Jej Królewskiej Mości najbardziej przypomina tę z książki. Zimny, wyrachowany, momentami jak wściekły pitbull taranuje wszystko na drodze do szczytnego celu. Wracając do korzeni, twórcy odświeżyli całą postać. Oczywiście, nie ominęło to również filmu. Wszystko, choć wciąż nieco umowne, nabrało nutki realizmu, a bohater staje się nam bliższy.

W „Skyfall” autorzy pod dowództwem Sama Mendesa kontynuują drogę „uczłowieczania” Bonda. Dodają mu kolejne słabości, które jednocześnie czynią go coraz twardszym. Taki paradoks. W końcu, będąc idealnym Supermanem, nie sztuka ratować świat. Wyzwaniem jest, gdy czyni to człowiek niedoskonały. To jest właśnie największa zaleta nie tylko najnowszego Bonda, ale i reszty filmów z Craigiem. Tym razem historia jest bardziej kameralna, a walka staje się dla niezłomnego agenta bardzo osobista. Odkrywamy więcej z jego powierzchownej aparycji twardziela i bawidamka, który za wszelką cenę postanawia bronić nie tylko ojczyzny, ale i… kobiety. Żadne zaskoczenie? Okej. Jakiej kobiety? Tutaj już nie będę zdradzał której, gdyż i Bérénice Marlohe, i Naomi Harris to wzrokowa uczta i nic tylko mówić naszym oczom „smacznego”.

Postacie nie tylko wyglądają, ale są także interesujące i pasjonujące. To nie puste lalki recytujące tekst, ale ludzie z krwi i kości. Jednak jeden osobnik kradnie niemal cały film. Jest to Javier Bardem jako Raoul Silva, główny czarny charakter w „Skyfall”. Nieco groteskowy blond-łotr to najlepsza rola w filmie. Naprawdę to tak, jakby zmieszać Jokera z „Dark Knight” z Hannibalem Lecterem, dodając później pokręcony urok Mariusza Kałamagi z kabaretu „Łowcy. B”.

Nie można opisać całości bez zdradzania fabuły więc mogę tylko zachęcać. W filmie, w związku z jubileuszem, istnieją pewne smaczki, które zainteresują głównie fanów cyklu. Jeśli chodzi o minusy, to można zarzucić twórcom pewną niekonsekwencję. Jeśli już uczłowieczamy Bonda, to róbmy to do końca, a nie, że nie jeden raz spojrzymy na ekran z tzw. „facepalmem”, mówiąc: „No nie, ale bajka”.

Z drugiej jednak strony, czy to naprawdę minus? Po to idziemy do kina na Bonda, by oglądać go w akcji. Twórcy, obierając ziemniaka, zrobili smaczną frytkę, która czasami chce być frytką, a innym razem uważa się za ziemniaka. Taki jest James Bond. Obrany ze swojej „idealności”, niczym wspomniane warzywo pokazuje nam więcej niż kiedykolwiek.

Oglądając najnowsze filmy o Agencie 007, zapytamy czy obrany i pokrojony ziemniak to jeszcze ziemniak czy już frytka? Zapowiedziano kolejne dwa filmy z Bondem, bo wiadomo - póki jesz, będą cię karmić...

Wyświetlenia: 2794
Proponowane artykuły