Wolne-dziennikarstwo.pl - KAC 10989
wolne dziennikarstwo

Kwi
22

„Jestem królem świata” – tym tryumfalnym okrzykiem w 1998 roku James Cameron nie tylko przeszedł do historii kina, ale także z właściwą dla siebie pychą zamanifestował radość ze zdobycia złotej statuetki Oscara za „Titanica”. 14 lat później ze szczytu zszedł na samo dno, i to dosłownie, kiedy to przed trzema tygodniami na pokładzie pojazdu „Deepsea Challenger” dotarł do najgłębszego miejsca na naszej planecie – znajdującego się na głębokości 10989 metrów (niezawodna Wikipedia podaje o 9 więcej) Rowu Mariańskiego.

Jako, że daleko mi do miłośnika Animal Planet czy żółtych zeszytów National Geograpfic, a w dowodzie osobistym w rubryce nazwisko wpisano mi „Świtała” a nie „Attenborough”, pewnie zastanawiacie się skąd ten przydługi kinowo - przyrodniczy wstęp. Już śpieszę z wyjaśnieniami.

Okazuje się bowiem, że po latach narzekania na jakość polskiego kina, nasi twórcy nareszcie zaczęli wzorować się na najlepszych. Uznałem, że ta zmiana polskiej mentalności jest wystarczającym powodem do napisania tego tekstu, szczególnie, iż w tej sytuacji Polacy czernią z niezatapialnego Camerona, do którego pasują w zasadzie wyłącznie przymiotniki stopniowane w najwyższej formie. Z ewentualnym wyłączeniem określenia „najskromniejszy”.

Kilka lat temu, gdy reżyser „Avatara” dopiero rozpoczynał planowanie wyprawy w głąb Oceanu Spokojnego, nasi rodzimi filmowcy postanowili osiągnąć dno dna znacznie szybciej, niż ich utytułowany rywal. Mimo kilku spektakularnych podejść, których daty wyznaczały dni wejścia na kinowe ekrany takich „perełek” jak „Ciacho”, „Weekend” czy „Wyjazd integracyjny”, Rów Mariański polskiej szkoły filmowej osiągnięty został dopiero dnia 2 marca 2012 roku (24 dni przed historyczną eksploracją Jamesa Camerona), w dniu premiery „filmu” (choć cudzysłów wydaje się być w tym przypadku i tak zbędną kurtuazją z mojej strony) „Kac Wawa”.

Dzięki projektowi Łukasza Karowskiego zaprzeczeniu uległo kilka powszechnie znanych dotąd prawd. Okazało się na przykład, iż w kategorii na „najbardziej żenujący polski towar eksportowy” z podium z hukiem strącone zostały chińskie popisy grupy Bayer Full, symbolem obciachu przestała być niezapomniana „Chinka Czikuinka” Paschalskiej, natomiast programy typu reality nadawane w MTV z dnia na dzień zyskały rangę intelektualnego przeżycia.

Faktem bezspornym jest, iż „Kac Wawa” to na pewno największa intelektualna mielizna ostatniej dekady, jednak daleki byłbym od osądzanie za końcowy efekt producentów, którzy podobnie jak niegdyś europoseł Jacek Kurski myśleli że „ciemny naród to kupi” i przy tym nieźle zarobią. Nie jestem jednak w stanie wytłumaczyć sobie, co może skłonić takich aktorów jak Borys Szyc, Tomasz Karolak czy przede wszystkim Roma Gąsiorowska do wystąpienia w hucpie, która z kinem ma mniej więcej tyle wspólnego co Anders Brevik z Dalejlamą. Najprościej byłoby postawić na pieniądze. A jeśli faktycznie tak łatwo sprzedać można swój aktorski emploi za garść srebrników, to ja z tego typu sztuką nie chcę mieć nic wspólnego. Ani jako recenzent, ani tym bardziej jako widz.

Wrażenie i obserwacje Camerona zarejestrowane zostały na cyfrowych nośnikach i jedynie kwestią czasu pozostaje ujawnienie, jak naprawdę wygląda najgłębszy zakątek naszego globu. Kilka metrów niżej, pod tonami piasku i mułu, bez wątpienia znajduje się „Kac Wawa”. I najlepiej niech pozostanie tam na zawsze….

Wyświetlenia: 1348
Proponowane artykuły