Wolne-dziennikarstwo.pl - Zdążyć przed Panem Bogiem na koncert
wolne dziennikarstwo


 

W piątek 5 października w Tarnowie, do którego wróciłam na weekend, zagrało trio Wasilewskiego. Wasilewskiego, który od roku 2002 tworzy kwartet z Tomkiem Stańko (choć zawieszenie jego działalności dla mnie równoznaczne jest z jego faktycznym końcem). Z Tomkiem Stańko, który plasuje się w światowej czołówce wśród sław takich jak Miles Davis. Wracając do Tarnowa, miałam nadzieję, że chociażby lecąc z językiem na wierzchu (i na łeb na szyję), załapię się na ostatnie brzdęknięcia koncertu zaczynającego się o 19:30. W tym miejscu zaznaczyć muszę, że z autobusu (komunikacja zastępcza jest jednym wielkim nieporozumieniem) wysiadłam o godzinie 21. Już nawet nie biegłam. Za późno na nadzieję.

W niedzielę 18 listopada w Opolu zagrało trio Wojciecha Karolaka. Karolaka, który nic a nic mi swoim nazwiskiem nie mówił. Przemówił dopiero napis trio bijący z plakatu. To chyba będzie coś około jazzowego, nie? Wreszcie żywe instrumenty – pomyślałam. W zasięgu ręki i portfela.

Przedkoncertowy gwar szeptów. Ja, ostatnia z ostatnich. Wiecznie spóźniona. Patrząc na średnią wieku na sali, urodzona w złej epoce. Ludzie wyglądający na koneserów i znawców. A ja dla „mądrych za głupia”, jak Nosowska w „Czterech porach roku”. Mam jeszcze dwie minuty, by zastanowić się jak brzmi trio na żywo. Jak wyglądają na scenie muzycy w tak okrojonym składzie. Pierwsze dźwięki harmonijki. Wstęp przesądził. Powinno to być trio Kijasa, nie Karolaka. Krzysztofa Kijasa, który każdy kolejny utwór zapowiadał zdegustowany faktem, że stoi na scenie i ktoś mu na dodatek każe grać. Tak znudzonej twarzy dawno nie widziałam. Freejazzowe wstawki Karolaka były nużące. Może to awersja do dźwięków Hammondów? Nawet podczas wykonywania „Sunny” Boney M. Miejscami jak brzmienie starych pegazusowych gier. Forsowne solówki. Wymuszenie ceremonialne. To tak, jakby Arek Skolik (będący perkusistą, notabene bardzo dobrym) rościł sobie prawo do kilku podczas jednego występu. Wystarczyła mu jedna i najbardziej kolokwialnie mówiąc – pozamiatał. Zagrali: kilka standardów jazzowych, „Lover mana” Charliego Parkera, „Sumertime” Gershwina, niejazzowego wujka Wondera z „Sunshine of my life”, „On blues” Milesa Davisa. „Dobranoc” Starszych Panów na do widzenia.

Przy balladach słyszeć się dało deszcz, który tego wieczora nie padał. Swingujący szmer miotełek perkusyjnych. Tym wszystkim (słuchającym jazzu i nie tylko), którzy niedzielny wieczór przesiedzieli z piwem – niech żałują. A miałam wolne miejsce obok...

 

Wyświetlenia: 3183
Proponowane artykuły