Wolne-dziennikarstwo.pl - Filmy, które powinny pozostać wyłącznie w naszej wyobraźni, czyli moje największe rozczarowania 2012 r.
wolne dziennikarstwo


Wniosek może wyświechtany, ale na pewno prawdziwy: z filmami jest dokładnie tak jak z kobietami. I to nie tylko dlatego, że te zjawiskowo piękne zapamiętujemy do końca życia, a te całkowicie przeciętne umykają naszej uwadze i znikają ze świadomości prędzej, niż zdążyły się w niej na dobre zadomowić. Od pań, jak i filmów, ewidentnie złych i zwyczajnie nieciekawych, po stokroć gorsze zdają się być jednak te z nich, które zdają się nas kompletnie rozczarowywać. To te, które najpierw bezpruderyjnie kuszą nas, eksponując ponętnie swoje najwyraźniejsze atuty, upajając się jednocześnie dytyrambami bezmyślnie zapatrzonych krytyków i obrastając fałszywą legendą, by potem z hukiem zniszczyć wszystko, na co pracowały zaledwie kilkoma zdaniami, które zarówno płeć piękną jak i dzieła reżyserów potrafią obnażyć w stopniu totalnym.

Poniżej lista filmów, których trailery przyspieszały bicie mojego serca. Obrazy, dzięki którym oczekiwanie na kolejny piątek nie było jedynie wynikiem wrodzonego lenistwa, czy wreszcie dzieła czerpiące wybitność wyłącznie z mojej wyobraźni. Oto pięć reżyserskich wpadek, które na wieczność powinny pozostać przeze mnie zlekceważone, lokując się wyłącznie w mojej świadomości. Wehikuł z powieści Huberta Georga Wellsa niestety nie istnieje, więc oto i one:

5. „Zakochani w Rzymie” – w zasadzie ciężko powiedzieć w tym wypadku, o jakichkolwiek głębszych oczekiwaniach. Miałem jednak nadzieję, że po kilku latach szargania własnej legendy, to właśnie magiczny Rzym obudzi upadłego mistrza z letargu. Od czasu europejskiej części swojej kariery Woody Allen drepcze w miejscu, jakby na siłę broniąc się przed nadchodzącą emeryturą. W reżyserze nie zostało już niestety nic z neurotycznego inteligenta z Manhattanu. Na dzień dzisiejszy to już raczej wytrawny turysta z kamerą w ręku, nastawiony wyłącznie na zwiedzanie przyjemnych zakątków Starego Kontynentu. W „Zakochanych w Rzymie” po raz kolejny brak dobrego scenariusza powoduje, iż opowiadane przez reżysera historie są miałkie i przeraźliwie nudne. A co najgorsze - pozbawione jakiejkolwiek głębszej myśli i celnych spostrzeżeń. Tadeusz Breza napisał kiedyś, że „mężczyzna gdy nie ma nic do powiedzenia milczy, a kobieta – śmieje się”. Problemem Allena jest nieumiejętność milczenia, w sytuacji gdy wszystko już powiedział. Jeśli natomiast chodzi o kobiety – na seansach zamiast śmiać się, milczą. Mężczyźni również. Bo naprawdę nie ma się z czego cieszyć.

4. „Cosmopolis” – Zdecydowanie najnudniejszy film roku. Pseudointelektualny bełkot, z którego wynika mniej więcej tyle, ile z lektury kolejnych numerów „CKM-u”. Tematem filmu są zabójcze korporacje, technologia, czy komunikacja w świecie zawłaszczonym przez złowieszczych bankierów chowających się na swoich luksusowych jachtach i w oszklonych penthause’ach. Po co jednak tak dmuchać balon, podczas gdy to już od dawna codzienność - życie w świecie zawłaszczonym przez możnych tego świata, w którym predestynowani jesteśmy do roli przysłowiowych trybików. Nakreślona przez Wachowskich w „Matrixie” wizja zawłaszczenia świata wydaje się optymistycznym rozwiązaniem, w porównaniu z wyobrażeniami kreślonymi przez Cronenberga. Mistrz dusznego klimatu grozy, któremu współcześni twórcy gore mogliby czyścić buty, tym razem wysyła nas w podróż luksusową limuzyną, z której nie wynika nic poza fartem, iż Pattinson chyba nie jest tak beznadziejnym aktorem na jakiego kreują go media. I jeszcze jedno: jeszcze gorsi od bankierów z Wall Street są reżyserowie, którzy zabierają głos w sprawach, o których nie mają pojęcia. Analogicznie pozostaje zatem czekać w 2013 roku na dobrą love story od Martina Scorsese. Efekt powinien być podobny.

3. „Rzeź” – Jak na naszego najwybitniejszego reżysera film po prostu przeraźliwie nudny. Przekład teatralnej sztuki „Bóg mordu” Yasminy Rezy to ewidentnie nie klimaty Polańskiego, który przynajmniej dziesięciokrotnie w swojej karierze udowodnił, iż artystą jest wybitnym. Klaustrofobiczny klimat „Rzezi” to raczej wypadkowa prywatnych przeżyć Polańskiego i uwięzienia w areszcie domowym w Szwajcarii, niż celne przeniesienie sztuki z desek teatru na celuloidową taśmę. Porywając się na filmowy eksperyment, Polański niewątpliwie pokazał odwagę. Niestety permanentny brak napięcia oraz wspaniała gra aktorska zamieniająca się z minuty na minutę w kakofonię, to niezbite dowody na to, że czas wrócić do prawdziwie mrocznych klimatów, w których Polański od ponad 50 lat porusza się niemal bezbłędnie. W przypadku „Rzezi”, z zamierzenia bolesny film o upadku współczesnej cywilizacji, stał się niezamierzenie ciężkim do strawienia przeżyciem, od którego prawdopodobnie bardziej wciągający byłby film - relacja z plenarnego posiedzenia PSL. Szkoda.

2. „Róża” – Fantastyczne recenzje, zachwyty krytyków, peany na cześć Smarzowskiego i publiczne entuzjastyczne przyjęcie „Róży” we wszystkich niemal środowiskach i gremiach filmowych zwiastowało film wybitny, na który w rodzimej filmografii czekam od premiery „Długu” Krzysztofa Krauzego z 1999 roku. Czy jednak można zachwycać się filmem obliczonym w każdym kadrze na skandal, który starannie przesłania to, co mogło stanowić o jego największej wartości – czyli historię prawdziwej miłości odpornej nawet na rzeczywistość zatopioną w oceanie krwi i wszelkiego okropieństwa. Po „Weselu” i „Domu Złym” pierwszy raz Smarzowski zdaje się grać na fałszywej nucie, a w przypadku tego reżysera kunktatorstwo zdaje się być grzechem bardziej, niż niewybaczalnym. Gwałty, mordy i wojna przesłoniły w „Róży” jej clue, czyli miłość. A wiemy doskonale, że to ona tutaj wygrała. Bo była prawdziwa, płynąca z serca. A nie obliczona wyłącznie na miłość… krytyków.

1. „Mroczny Rycerz powstaje” – Od czasu świetnego „Mrocznego Rycerza” Christopher Nolan dla wyznawców Batmana stał się niemal nieomylnym mesjaszem, który tchnął nowe życie w oplutą przez Joela Schumachera mroczną ikonę świata popkultury. To, co stanowiło o sile poprzednich części autorstwa Nolana (realizm, uczłowieczenie głównego bohatera) tym razem zamieniło się w przykrą karykaturę poprzednich części. Nie mylili się zatem, będący w mniejszości, fani sagi, którzy twierdzili, iż najbliżej do ponurego ideału Bruce’a Wayne’a było jednak Timowi Burtonowi, kiedy to 2 dekady przed mdłym cukierkiem w postaci „Alicji w krainie czarów” stworzył Gotham City w postaci dużo bardziej przejmującej, niż to, które pokazał nam Nolan. Bo prawdziwy „Batman” to jednak nie realizm i terroryści spod znaku Bane’a, ale lęki odbijające się gdzieś w zakamarkach naszej duszy, coraz mniej kontrastujące z niepokojącą jak nigdy wcześniej rzeczywistością.

A już za tydzień, najlepsze, najciekawsze i najważniejsze filmy 2012 r., w moim subiektywnym „the best of”. Peace!

Wyświetlenia: 2763
Proponowane artykuły