Wolne-dziennikarstwo.pl - Tak równo, że nierówno
wolne dziennikarstwo


W poprzedni weekend zakończył się pierwszy w tym roku wielkoszlemowy turniej tenisowy – Australian Open. Po raz trzeci z rzędu turniej w Australii wygrał Novak Djokovic. Uczynił to jako pierwszy w historii tenisista po zmianie formuły turnieju na otwarty. Za zwycięstwo zgarnął 2 430 000 dolarów i 2000 punktów do rankingu ATP. Taką samą kwotę na swoim koncie zapisała zwyciężczyni turnieju kobiecego – Wiktoria Azarenka. Białorusinka również obroniła tytuł wywalczony przed rokiem. Nagrody równe, tak jak już się dzieje od kilkudziesięciu lat, co wywalczyło Stowarzyszenie Tenisistek Profesjonalnych (WTA). Wynagrodzenie jak najbardziej za tą samą pracę, jednak nie za tą samą ilość pracy. Przykładowo, w 4 rundzie turnieju kiedy pięciogodzinny bój ze szwajcarem Wawrinką toczył Djokovic, Azarenka w ciągu godziny uporała się z Rosjanką Wiesniną. Czy coś co miało wyrównać nierówności nie doprowadziło do kolejnych? 

Oczywiście bezsensem jest porównywanie tenisa kobiecego i męskiego i wartościowanie ich w jakiś sposób. Są to dwie różne dyscypliny i wywyższanie tenisa męskiego ponad kobiecy mija się z celem. Każda z dyscyplin ma swoje mocne strony. U kobiet występuje dużo większa nieprzewidywalność, szala często przechyla się z jednej na drugą stronę, a technika również jest na bardzo wysokim poziomie. U mężczyzn można zaobserwować większą widowiskowość, zagrania są silniejsze. Ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje i zarówno tenis spod znaku WTA ma swój urok, jak i ten spod szyldu ATP.

Rzecz rozchodzi się o zarobki. Początkowo mężczyźni w tych samych turniejach dostawali większe nagrody pieniężne od kobiet. Wiadomym, że taki stan rzeczy zawodniczkom się nie podobał. Począwszy od 1973 r. wspomniany już przeze mnie WTA walczył o zrównanie pul nagród w turniejach wielkoszlemowych. Już w tym samym roku podczas US Open, wygranie turnieju kobiecego i męskiego przynosiło identyczne zarobki. W kolejnych latach również inne turnieje wyrównały swoje nagrody. Ostatnio jednak coraz częściej słychać głosy zawodników, że takie same zarobki są niesprawiedliwe. Dlaczego? Otóż jeżeli przeliczyć zarobki na godziny „przepracowane” na korcie, wychodzi jasny wynik, że w przeliczeniu na godzinę kobiety zarabiają więcej (przypomnę, że w turniejach wielkiego szlema mężczyźni grają do 3 wygranych setów, kobiety do 2). W ostatnim Australia Open mecz finałowy mężczyzn trwał 3 godziny i 50 minut, natomiast kobiety grały 2 godziny i 40 minut. W przypadku Novaka Djokovica ta długość meczu była mniej więcej średnią spotkań rozegranych w całym turnieju. U Wiktorii Azarenki było to najdłuższe spotkanie turnieju. Serb Australii rozegrał 25 setów, natomiast Białorusinka - 16.

W takim wypadku znów powinno dojść do zmiany przepisów co do przyznawania nagród, bowiem chcąc wyrównać szanse i zarobki, doprowadzono do kolejnej nierówności. Moim zdaniem złym byłoby np. uzależniać nagrody od ilości rozegranych minut, czy setów bądź gemów. Mogłoby dojść do przedziwnych sytuacji, w których to zawodnik lub zawodniczka specjalnie „przedłużają” mecz, aby mówiąc kolokwialnie „nachapać się”. To może w takim razie zrównać ilość rozgrywanych setów? Zmniejszyć mężczyznom do 2 wygranych, bądź podnieść kobietom do 3 wygranych. Czemu by nie?

Wyświetlenia: 2407
Proponowane artykuły
obrazek

Sport

Kornel Radecki

5.11.2012

Młoda Dama

Kornel Radecki

Piłka nożna w Italii od jakiegoś czasu przebywa w kryzysie. Dobitnie obrazuje to ranking UEFA, gdzie Serie A leci na łeb na szyję, a w zeszłym sezonie straciła jedno miejsce w Lidze Mistrz&oacu