Wolne-dziennikarstwo.pl - Duma, Faun i jesteśmy najlepsi, czyli hiszpański temperament pod lupą
wolne dziennikarstwo


Po krótkiej przerwie ponownie zostaję rzucona na baskijskie terytorium. Chciałabym móc już dodać : nagrzane słońcem baskijskie terytorium; tak zdecydowanie lepiej brzmi i bardziej pasuje, ale na to jeszcze muszę poczekać. Chociaż temperatury sięgające często 14 stopni i zmierzch przychodzący po godzinie 19 jest już i tak miłą zapowiedzią wiosny.

 

W styczniu ścieżki z większością Erasmusów rozbiegły się i rozjechały we wszystkie strony świata... Nowe twarze Cuenca przywitała zawieruchą śnieżną, jakiej jeszcze tutejsze zielone oczy nie widziały - tu wzgórza naprawdę je mają. I coś w tym jest, że hiszpański temperament łączy się niewidzialnymi nićmi z otaczającą ich naturą. Jest w nich coś dzikiego, coś nieokiełznanego, coś co zawsze może zaskoczyć. Ale ten ogień można trochę ujarzmić. Muzyką, kastanietami i rytmem stóp.

 

 
Mirar y ver no es lo mismo/Patrzeć i widzieć to nie to samo


 wszystko trwało chwilę i zostało na jeszcze krótszą chwilę...

 

To naród nieco nieucywilizowany, charakterny, wyniosły i próżny, ale jak szczodry i wielkoduszny. I chociaż teraz, w czasach ogólnoświatowej unifikacji ich temperament pokryty jest niezłą warstwą kurzu, nasiąknięty europejskością, która ich wypolerowała. Wszystkie elementy zaczynają układać się w sposób, że ten hiszpański obraz zaczyna mieć dla mnie sens. Ludzie rzucający jedzeniem, podający piwo wylewając je, ludzie krzyczący, gniewni w swym akcencie, ludzie trochę nieujarzmieni, naprawdę często niesympatyczni, nadto bezpośredni, niecierpliwi, również aroganccy. Można Hiszpanów pokochać, można nienawidzić. Można również wszystko naraz, poczuć wybuchową mieszankę, można stać się jednym z nich; żyć raz unosząc się ku górze, raz sponiewierać w dole, dać się po prostu ponieść. Starsi ludzie i niektórzy politycy udają liberałów, ale w głębi duszy to wciąż zatwardziała krew i mentalność. Naród nieprzystępny, a jednak skracający dystans, naturalnie, przy każdej nadarzającej się okazji. Jest w nich coś nonszalanckiego, coś zuchwałego. Dumni, potrafią nawet swoje wady wynieść na wyżyny doskonałości. Prostym przykładem jest sytuacja na drogach: są najlepszymi kierowcami i ani się waż powiedzieć inaczej, od razu zmienia się kształt i kolor oczu. Ale większość samochodów to wizualna porażka, poza tym wszędzie coś stuka i łomocze.

 

Ich charakterność przedkłada się na potrawy i zwyczaj ich podawania; chorizo, często pikantne, z charakterystycznym czerwonawym kolorem kiełbaski, gazpacho: wyrazisty chłodnik z pomidorów i papryki, tortilla de patatas, rodzaj omletu z ziemniakami, pomysłów na jej podawanie nie brakuje. Poza tym jeszcze ucho wołowe, ogon byka i mnóstwo różnych stworzeń morskich, wszystko smażone na głębokim oleju. Do tego mocna kawa z trochę większą niż normalnie ilością brandy czy whisky.

W zależności od regionu, sami Hiszpanie mówią o sobie, że dzielą się na trzy podgrupy pod względem usposobienia: ci z północy, najbardziej zamknięci, których przyjaźń i zaufanie zdobyć jest rzeczą niełatwą, otoczeni piękną zielenią, jakby spokojniejsi. Ci z południa, z Andaluzji, to najgłośniejsi krzykacze często z rogatą duszą, a może po prostu za bardzo kochający życie, spalający jak palące jest tamtejsze słońce. I ci pośrodku, ta mieszanka. Ostre krzewy, rwące potoki, czerwone ziemie, zapierające w piersiach, dające oddech widoki, czerwone dachówki malutkich białych domków, krzywych, niskich i połączonych ze sobą, tworzących raj dla kotów.



 

Historycznie też jest wszystko uwarunkowane; brutalna Corrida i dumna pierś Torreadora: bohatera - zabójcy, chociaż często zdarzają się przypadki, że krew leje się nie tylko z ciała zwierzęcia. Parlament Katalonii w ubiegłym roku zakazał organizowania krwawej Corridy. Póki co na hiszpańskich arenach wciąż jednak można zobaczyć walki byków. Cuenca również posiada pokaźną arenę.

 

Nie dla nich pełne wdzięku, czarujące kawiarenki, z doskonałym wystrojem i serwetami z delikatnym, haftowanym na zamówienie wykończeniem. Tak jak ich język, tak jak ich wygląd, większość pubów, miasteczkowych barków są surowo wykończone, z wystrojem trochę jak z dzikiego zachodu, gdzie piwo się żłopie, tak właśnie po hiszpańsku, gdzie nierzadko pachnie mieszanką owędzonego drewna i jamón. Jak zatem wspaniale temperamentny, jeszcze bardziej wyrazisty, ale bez poczucia pewnego fałszu i pozorowania musiał być niegdyś naród hiszpański? Zanim i do nich, do tych osmolonych pubów wparował cienki LCD z Hey, i just met you, co naprawdę już wielokrotnie sukcesywnie zepsuło mi dobrą zabawę w poczucie innej rzeczywistości.

 

Dla mnie zima spędzona w Cuence i pobliskich wioskach gdzie miałam okazję bywać, to nie tylko tęsknota za polskim chlebem - naprawdę, jeśli ktoś chce się rozczarować pieczywem, ale tak stuprocentowo, zapraszam. To również codzienna nauka ich twardego, ale jak przyjemnego języka. I jeśli ktoś miał kiedyś w zamiarze nauczyć się hiszpańskiego, naprawdę polecam. Jest w nim coś zabawnego, ich akcent współgra z gestykulacją, jest w nim coś, co sprawia uśmiech, można się wyżyć hardo pogrubiając 'rrr'. No i ta radość, ten optymizm, kiedy uświadamiam sobie, że mogę teraz spokojnie wyruszyć do Chile, do Peru, do Kolumbii, na gorące piaski Panamy i nie będę aż tak bardzo Gringo. Gdzie mnie wiatr poniesie.

 

Przyszedł pewien weekend, niespodziewanie i znienacka, który sprawił, że wszystkie puzzle hiszpańskiej układanki w końcu zaczęły układać się w spójną całość. Mira, miasteczko gdzieś pomiędzy Cuencą i Walencją, spokojne i takie... prawdziwe. To tam przyszło olśnienie. Piszę tak o tym, bo wcześniej odczuwałam pewne rozczarowanie, pewien dyskomfort, zadawałam sobie pytanie: i gdzież ten ogień, ten słynny hiszpański temperament? W ich krzaczastych brwiach, chamstwie i setce słów wykrzykiwanych na jednym oddechu? A to przecież uwydatnione rysy twarzy, pozorna tylko oschłość i nieprzystępność i nader mocne przepony, dobrzy śpiewacy...

 

Wieczorową porą, po wspólnej niedzielnej i bardzo rodzinnej Paelli, podanej na największym naczyniu, jakie widziałam, po dniu spędzonym na eksploracji górzystych, krzaczastych terenów zasiedliśmy wszyscy do wspólnego pochłaniania Labiryntu Fauna (2006), uczty dla oka, trochę też duszy, hiszpańskiej uczty. I padły tam takie słowa (obrazek poniżej), które dzisiaj pięknie podsumują wszystko to, czego posmakowałam w Hiszpanii (może za wyjątkiem potraw). Nieujarzmiona ich natura, dzisiaj niestety już nieco pozbawiona blasku, jednak w dalszym ciągu może robić wrażenie. A wspomnienie, czy może raczej wyobrażenie dawnej temperamentności za najświetniejszych ich czasów może i nawet rozkochać... Czekam jeszcze na moment, kiedy znajdę się w miejscu, które pozwoli mi to odczuć. Może to będzie któryś z nadchodzących, letnich i upalnych wieczorów z tancerkami Flamenco...

 


Paella, potrawka z barwionym ryżem i szafranem, najsłynniejsza con pollo: z kurczakiem lub con mariscos: z owocami morza. Ta była pyszna, tradycyjnie jedzona z jednego naczynia przez wszystkich członków rodziny, bez talerzy, bez zbędnych ceregieli, trochę na dziko >

- Mi nombre es Ofelia, ¿quién eres tú?

- ¿Yo?...Yo he tenido muchos nombres. Viejos nombres que solo el viento y los árboles pueden pronunciar. Yo soy la montaña, el bosque y la tierra. Yo soy...soy un FAUNO.

-Nazywam się Ofelia, a ty kim jesteś?

- Ja?... Miałem wiele imion. I tylko wiatr i tylko drzewa mogą przywołać te najstarsze. Jestem górą, jestem lasem, jestem ziemią... Jestem Faun.>

(postanowiłam zostawić również wersję hiszpańską, bo tak pięknie wygląda i brzmi, znacznie bardziej poetycko)

 

Wyświetlenia: 4671
Proponowane artykuły