Wolne-dziennikarstwo.pl - Dla wszystkich, którzy chcą zabić Oscara
wolne dziennikarstwo


24 statuetki szermierza leniwie opartego na dwuręcznym mieczu znalazły swoich właścicieli, a światła w Dolby Theatre zostały zgaszone już jakiś czas temu.

Media zdążyły od tego czasu podnieść sprawę sutków Anne Hathaway do rangi skandalu obyczajowego, amerykańscy Żydzi śmiertelnie obrazić się na MC ceremonii - Todda McFerlane’a, a samozwańcze blogerki fashion obśmiać oscarowe kreacje co do jednej niteczki. Steven Spielberg zaś zdążył pogodzić się z niespodziewaną porażką ze swoim tajwańskim rywalem (znającym smak bolesnej klęski, po zaskakującym nokaucie zaserwowanym mu przed 8 laty przez Akademię, a zarazem jednym z najbardziej niesprawiedliwych oscarowych rozstrzygnięć w ich blisko 90 letniej historii). I to w zasadzie najważniejsze wnioski płynące wprost z celebryckiego Gangesu, gdzie ranga ceremonii rokrocznie zmienia się wprost proporcjonalnie do wielkości maszyny promocyjnej napędzającej ten największy burżuazyjny bankiet na naszym globie. Ciekawsza od wszystkich nominowanych w tym roku filmów, zdaje się być odpowiedź na pytanie: kto za powyższy stan rzeczy odpowiada?

Niegdyś Wielkanoc dla każdego wyznawcy KINA, dziś jedynie niedzielny odpust dla fanów tandetnych błyskotek. Dekady temu Oscarowa noc okraszona była niezliczonymi gwiazdami, w magiczny sposób kreowała kolejne kinowe mity i legendy, czasami w okrutny sposób poniżając wielkich faworytów. Innym razem uchylała drzwi do nieśmiertelności personom o których mało kto słyszał, natomiast wybrane filmy namaszczała do rangi sztuki najwyższej. Sprawiedliwa bądź nie, X Muza od blisko 80 lat oddawała hołd nie tylko utalentowanym twórcom nagradzając ich talent, ale przede wszystkim zakochanym w niej widzom dawała gwarancję wydarzenia co najmniej niezwykłego. Dziś magię z czerwonego dywanu wykopał globalny marketing, natomiast czarodziejów kina przepędzili zwykli celebryci. Anno domini 2013 nieśmiertelność przechadzająca się po Sunset Boulevard w wayfarerach Audrey Hepburn utraciła należny jej immunitet, natomiast przywilej nagradzania dzieł wybitnych przeniósł się całkowicie do tak odległych od wzgórz Hollywood - Cannes, Berlina czy Wenecji.

Nieznośną w mojej opinii degrengoladę ceremonii oddaje przede wszystkim coroczne nagradzanie przeciętniaków (w tym roku padło na Jennifer Lawrence) oraz wyrażone w nagrodach i nominacjach zachwyty Akademii nad nudnawymi filmami, nadającymi się raczej do telewizji niż na kinowe ekrany. Hollywood piszące niegdyś samodzielną historię, kilka wiosen temu prawdopodobnie zatrudniło marketingowych ghost writerów, dzięki którym ceremonia stała się popularniejsza, a filmy sprowadzone do prostej facebookowej alternatywy: LUBIĘ/NIE LUBIĘ. Ceną rosnących wskaźników oglądalności jest niestety utrata rangi uroczystości oraz jej wiarygodność, która kształtująca się obecnie na poziomie tej należącej do słynnego biegacza z RPA; nomen omen również Oscara.

Organizatorzy niegdyś animujący niezwykłe Oscarowe pojedynki, dziś wyraźnie mają problem z doborem konwencji imprezy. Skoro ma być przeciętnie i cukierkowo to po co zestawiać z Lawrence wielką damę europejskiego kina – Emmanuelle Rivą. Po co nominować genialnego w tym roku Joaquina Phoenixa, jeśli monopol na statuetki ma i tak Day – Lewis, dla którego „Lincoln” to co najwyższej wyzwanie w dolnych partiach trudności. Nie sposób nie wspomnieć także o zwiększeniu liczby nominowanych w kategorii „Najlepszy Film” z 5 do 9 obrazów. To oczywiste, że w dobie kryzysu trzeba szukać kasy gdzie się da, jednak przeraża mnie realna jak nigdy perspektywa obecności w tym gronie filmów z Adamem Sandlerem i Vinem Dieselem. Niedorzeczności w pogoni za dolarem gonią absurdy, których wymienianie zajęłoby prawdopodobnie więcej czasu niż reżyserska wersja „Titanica”.

Czas „Absolwenta”, „Lotu nad kukułczym gniazdem” i „Ojca Chrzestnego” minął bezpowrotnie. De Niro z mistrza filmu zmienił się w tandeciarza, Spielberg z wizjonera w przewidywalnego wyrobnika, a wartość stojącego gdzieś z boku szermierza ze statuetki już tylko nieznacznie przekracza 8,5 funta cyny, miedzi, antymonu i złota, z których jest wykonana. Nie jest grzechem tworzenie filmów złych, jednak unoszenie ich do rangi coraz bardziej wątpliwych zaszczytów już chyba tak. Odpowiadając jednak na pytanie kończące pierwszy akapit, nasuwa się wniosek, czy zła kondycja współczesnego kina to nie wypadkowa zaawansowanego procesu ogłupiania współczesnych społeczeństw. Czasy, gdzie za wszelkie zło Fabryki Snów można było obarczyć bezdusznych producentów już dawno minęły. Teraz to Ty, Drogi Widzu zadowalający się internetowymi nagłówkami, nakręcasz tryby maszyny dopasowującej się niezawodnie do współczesnych realiów. Facebookowy wall i kilkadziesiąt wytwittowanych znaków to przestrzeń zbyt mała, aby ponownie oddać hołd tradycji i przywrócić jej blask, a jednocześnie na tyle bezkresna, by skutecznie utopić w niej wszelkie emocje i konstruktywne refleksje płynące z ciemnej kinowej sali. Kto jest bez grzechu niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Ja się nie odważę. A Ty Drogi Widzu?

Wyświetlenia: 2319
Proponowane artykuły