Wolne-dziennikarstwo.pl - Profanacja legendy, czyli stłuczona „Szklana pułapka”
wolne dziennikarstwo


Filmy akcji nigdy nie musiały mieć nazbyt wymyślnej fabuły. Wystarczyło, że trzymały w napięciu. Takich wrażeń, często zapierających dech w piersiach, dostarczało zawrotne tempo akcji, wybuchy, pościgi i swego rodzaju umowność pomiędzy widzem, a twórcą. To nie realizm, a teatr wizualnych wrażeń. Podstawą zawsze był charyzmatyczny bohater. W latach 80 i 90, w erze kaset VHS, byli to Sylvester Stallone, Chuck Norris, Arnold Schwarzeneger, Steven Segal, Jean-Cloude Van Damme czy właśnie Bruce Willis. Niegdyś potężni mężczyźni wciąż występują w filmach akcji, z większym lub mniejszym powodzeniem. Zauważamy dystans jaki nabrali do własnej osoby, to na plus, a na minus? To, że niektórzy chyba nie potrafią odpoczywać na emeryturze i wciąż traktują starość „z półobrotu”.

Do napisania tego tekstu nakłoniła mnie najnowsza, piąta już, „Szklana pułapka”. Pierwszy film z serii (ang. Die Hard) miał premierę w 1988 roku. Jakoś tak się stało, że razem z filmem „Kevin sam w domu”, „Szklana pułapka” stała się tradycją świątecznej ramówki telewizyjnej.  Choć John McLane (Bruce Willis), główny bohater serii, daleki jest od wizerunku św. Mikołaja to ma własne „Ho, ho, ho”, Willis? Tekst „Yippie Kay Yay you motherfucker” przeszedł już do historii kina, tak jak zresztą cała seria. John McLane ratuje kolejno wieżowiec, lotnisko, całe miasto, całe USA, a teraz hmm… Cały świat.

Znakiem rozpoznawczym serii, prócz wartkiej akcji, charyzmatycznego bohatera i klasycznej sensacji, był właśnie humor Bruce Willisa i tzw. „One linery”, czyli teksty wtrącane przez bohatera pomiędzy zabiciem jednego terrorysty, a drugiego. Będąc pod ostrzałem karabinów John McLane zawsze potrafił rozbroić nas humorystycznym komentarzem. Wszystko to dawało filmowi luzu i sporej dawki rozrywki. Seria „Die Hard” nigdy nie próbowała być niczym więcej niż właśnie filmem rozrywkowym.

Dwie kolejne kontynuacje powstały w roku 1990 i 1995. Później przerwa do roku 2007. Wtedy nastała moda na powrót podstarzałych herosów z emerytury. Mieliśmy więc nowe filmy z serii „Rocky”, „Rambo” czy „Indiana Jones”. „Szklana pułapka 4” trzymała poziom poprzednich trzech części (no może prócz klasycznej, pierwszej części) i była miłym powrotem do przeszłości. Starsi widzowie przypomnieli sobie Johna McLane’a, a młodzi właśnie go poznali. Dziadek Willis dziarsko hasał po ekranie znów bawiąc nas, a przy okazji ratując USA przed terrorystami. Film, pomimo kręcenia nosem przez krytyków, całkiem nieźle się bronił. Prawda jest taka, że krytycy zawsze będą krzywo patrzeć na tego typu filmy, bo jako tako nie przekazują nam żadnych większych wartości. To czysta rozrywka.

W końcu usłyszałem o „Szklanej pułapce 5”. Pomyślałem, że znów dostanę kawał dobrego kina akcji. Srodze się jednak rozczarowałem. Zacznijmy jednak od początku. John McLane leci do Rosji, aby odzyskać swojego syna, no i oczywiście, przy okazji uratować świat przed zagładą nuklearną. Krótki opis fabuły? Wystarczający, zapewniam. Fabuła zresztą nigdy nie była tutaj najważniejsza, ale nie brakowało zwrotów akcji itd. Teraz? Wszystko proste jak budowa cepa i streszczenie całego filmu można napisać w 3, 4 zdaniach. Bruce Willis, jako John McLane, ratuje świat właśnie niejako przy okazji. To co niegdyś wydawało się takie „spoko” teraz wzbudza jakiś dziwny niesmak. Ja poczułem się oszukany. Film na siłę próbuje być luźny, zdystansowany i efektowny. Nie wychodzi mu jednak nic. Prawda jest taka, że po obejrzeniu tego filmu zgodzicie się, że gdyby zamiast Bruce Willisa i jego Johna McLane’a bohaterem byłby ktoś inny, film przeszedłby bez echa i zginąłby marnie jak…                


Po prostu pewnie nawet nie napisałbym tego tekstu, bo takich „dzieł” są setki. Jak nie wiemy o co chodzi to chodzi o pieniądze. To wyczuło Holywood. Bruce Willis w każdym filmie, szczególnie w swojej flagowej serii, to maszynka do robienia pieniędzy. O ile on sam dobrze czuje się, powiedzmy szczerze, grając Bruce’a Willisa na ekranie, to zapomniał chyba jak to jest tworzyć klimat „Szklanej pułapki”. Scenarzysta, jeśli takowy był w ogóle, powinien pisać profanacje na zamówienie. Sprofanował bowiem legendę Johna McLane wzorowo. Następnym razem polecam, by John McLane ratował dom spokojnej starości z rąk terrorystów. Tytuł? „Stara pułapka”. Najnowsza „Szklana pułapka” miała premierę 14 lutego 2013, ale ja sięgnąłem po niego dopiero teraz. Czemu? Może dlatego, że tak kojarzą mi się święta. „Szklana pułapka”, śnieg za oknem i… Właśnie! Wszystko się pomieszało. Obawiam się, że wiosna załamała się po obejrzeniu najnowszych przygód Johna McLane’a i popełniła samobójstwo. Przykro mi, wiosny w tym roku nie będzie… Mamy za to smutną jesień cyklu „Szklana pułapka” i Johna McLane’a… No more Yippie Kay Yay please…     

Wyświetlenia: 2962
Proponowane artykuły