Wolne-dziennikarstwo.pl - „Siedem Grzechów Głównych Polskiego Kina i jego choroby”
wolne dziennikarstwo


 

 Dlaczego tak odstajemy od kina światowego? Dlaczego większość naszych rodzimych produkcji nadaje się tylko do tła randki w kinie? Dlaczego idąc do kina na polski film mylą mi się postacie, bo widzę wciąż te same twarze? Dlaczego poza kilkoma wyjątkami nie potrafimy się wybić na świecie? O grzechach i chorobie naszej kinematografii słów kilka.

Jedno wielkie: Dlaczego?! Oto siedem grzechów głównych polskiego kina.

 

1.
Pycha.

Choć polskie filmy rzadko odnoszą sukcesy za granicą, a dobre produkcje liczymy na palcach jednej ręki, to wciąż uważamy, że to wina układów, globalizacji Hollywood itd. Ciągle jednak mamy się za naród wybrany i trapiony historią. Jednak Czesi, Rosjanie, Węgrzy, Niemcy, odnoszą sukcesy na świecie.

Musimy wziąć się do roboty, posypać głowy popiołem i jak to na „Euro” określił niedawno jeden z naszych piłkarzy, związany nazwiskiem ze znanym polskim reżyserem:

„Musimy z***” (każdy Polak dopowie sobie pasujące słowo). Poza tym trwonimy pieniądze na twory typu. „Plebania”, „Klan”, „Barwy szczęścia”.

Wszystko to jest wtórne i pozbawione ryzyka. Czy naprawdę uważamy setne smażenie kotletów przez babcię Józię tak ekscytujące, bo kotleciki są… Pycha?


 2. Chciwość.

 Dlaczego mam wrażenie, że scenariusze polskich filmów tworzone są na kolanie, na szybko, bez tak czasochłonnego myślenia jakiego by wymagało?

Skoro nie chcę się wymyślać to czemu nie dajemy wybić się młodym pisarzom czy scenarzystom, którym się chce? Ci ludzie czasami aż kipią dobrymi pomysłami. Wszystko rozbija się niestety o pieniądze. Przecież film nie musi być drogi czy pełen wybuchów by był dobry. Tymczasem setki scenariuszy giną w nicości przez układy i chęć ślepego zarobku. „Bo tam Zakościelny musi zagrać przystojniaka, a nie psychopatę” usłyszymy. Jak będzie mordercą to biletów nie kupi kilkaset tysięcy fanek „polskiego Brada Pitta”. „Niech Marta Żmuda pokaże biust, wrzucimy to do zwiastuna i na tym oprzemy promocję, bilety kupią setki zwolenników jej niezaprzeczalnych wdzięków. Tak dajemy się łapać, wręcz pozwalamy się „mentalnie gwałcić” przez polski przemysł filmowy.

Smutna prawda, ale niektórzy chodzą do kina dla aktora, nie filmu.

Po co zrobić adaptację książki młodego, nieznanego polskiego scenarzysty czy pisarza skoro już sam slogan „adaptacja książki Katarzyny Grocholi” przyciągnie do kin setki fanów jej powieści? Kolejne miliony, pieniądze i pieniądze. Nic nie mam do twórczości Katarzyny Grocholi, ale produkcje na podstawie jej książek, choć cieszące się wzięciem to są jednak jakby robione na szybko, filmowane niedbale. Dlaczego? Wszystko przez wspomnianą chciwość, terminy i ślepy pęd za mamoną.

 

3. Nieczystość.

Nie żebym był wielkim fanem teorii spiskowych, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w środowisko aktorskie zapadło na wirus wtórności i kumoterstwa. Na którą obsadę polskiego filmu bym nie spojrzał widzę te same twarze. Może to dlatego, że produkujemy tak mało filmów i trzeba się gdzieś pchać by zarobić na chleb? Naprawdę niewielu reżyserów próbuje nowych twarzy, a przecież im mniej znany aktor tym więcej można z nim zrobić. Jest jak czysta kartka, którą można zapisać na swój wybrany sposób. Oczywiście jest kilka wyjątków jak Kondrat, Gajos, Więckiewicz, znane twarze, ale jednak potrafią zagrać nawet nadgryzione jabłko czy tańczącego jeża na prawej nodze. Może to skrajne przykłady, ale to są typy aktorów, którzy gwarantują sukces artystyczny, ale i czasami też komercyjny. Jednak my często przesadzamy z tym myśleniem. Krew mnie zalewa gdy widzę aktorów niemal grających samych siebie, dysponujących jedną miną, którzy myślą, że jeśli plakat z nimi został umieszczony w gazecie dla nastolatek to są gwiazdami. Po prostu mam wrażenie, że aktorów i pseudo gwiazdy filmowe w Polsce nie kreują dokonania na ekranie, a kolorowe czasopisma i życie towarzyskie. Z jednej strony CV aktora świadczy o nim wiele, ale polscy reżyserzy powinni być bardziej fair wobec młodych, nieznanych artystów. Nie patrzmy co zrobił wcześniej, patrzmy na niego pod względem przydatności do produkcji. Bierzmy aktorów pod scenariusz, a nie róbmy scenariuszy pod aktorów, którzy wielokrotnie muszą uciec z kraju np. do USA by tam zaczęto ich doceniać. Moment, przecież to oni robią lepsze filmy… Więc dlaczego niesprawdzający się tutaj ludzie tam potrafią zagrać coś ciekawego czy wybić się? Nieczysto to wygląda…

4. Zazdrość.

Amerykanie zrobili „Kac Vegas” my zróbmy „Kac Wawa”. Komedie romantyczne dobrze się sprzedają? Wyprodukujmy własne! Kopiujemy wzorce zachodnie, szkoda, że nie te dobre. Dlaczego nie patrzymy np. na „Mrocznego Rycerza” i jego reżysera Chrisa Nolana? Zrzędzimy na Hollywoodzkie produkcje, że dla kasy, że masowe gnioty dla idiotów. Tymczasem ukradkiem tworzymy szkaradne kopie ich produkcji. Inspiracja miesza się ludziom z zazdrością i zawiścią. Nie zwracamy uwagi np. na to, że tam dba się o każdy detal, kilka razy coś się przemyśli nim się coś zrobi (choć też nie zawsze rzecz jasna), po prostu marudzimy, że pieniądze, że to tylko wybuchy i nagie panny. Przecież to prawda, że w Polsce mamy najpiękniejsze kobiety, ale dlaczego to w amerykańskich filmach są pokazane najładniejsze, a nasze urodziwe aktorki często uciekają za granicę by tam się wybić? Proste, nam się po prostu nie chce pewnych rzeczy wyszukiwać albo aktorkom ruszyć na casting. Jednym zazdrość drugim radość…

5. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.

Zachłysnęliśmy się sukcesami polskich filmów w latach 90 i 80. Nie przekuwamy małych sukcesów na większe. Dlaczego przestaliśmy kręcić męskie kina twardzieli jak „Psy”, „Krol”? Co z serialami kryminalnymi? „Oficer”, „Sfora”?

Dziełami jak „Człowiek z Marmuru”, „Człowiek z żelaza”… „Rejs”, „Nóż w wodzie”. Później przyszła moda na filmy jak „Kiler”, „Chłopaki nie płaczą”, znakomite kino komediowo-gangsterskie. Przecież ponoć tasiemcowe telenowele robi się dlatego, bo ludzie je oglądają. Skoro ludzie tak licznie oglądali wyżej wymienione filmy, to dlaczego nie robiono ich dalej do znudzenia?

6. Gniew.

Tak strasznie przejmujemy się porażką filmu, że boimy się iść tym tropem, który czasami, pomimo błędów może być dobry. Niemiłosiernie krytykowane „Ciacho” było złym filmem, ale nie kompletnie poronionym pomysłem jak niektórzy je nazywają. Brak pójścia na przód oznacza stanie w miejscu, a jak ktoś stoi w miejscu to ponoć się cofa. Zniekształca rzeczywistość. Wszak spadamy dlatego by się podnieść i drugi raz tak nie upaść, co nie znaczy, że wybraliśmy zły szczyt do wspinaczki. Takie podejście wzbudza we mnie empatyczny gniew, może to droga do zmian?

7. Lenistwo.

 

Tutaj główny odnośnik do Chrisa Nolana i jego Batmana. Dba w swoich filmach o każdy detal, od chrypki człowieka-nietoperza, która ma ukryć jego tożsamość, po wygląd miasta Gotham city. Od małych drobiazgów, po wielkie rzeczy. O wszystko powinno się dbać, a jeśli się to uda to nawet film z facetem w rajtuzach i maską na głowie może być realny.

Tymczasem co my robimy? Z lenistwa nie czerpiemy inspiracji naszym własnym podwórkiem lub popadamy w drugą skrajność informując całkowicie środowisko, w którym mieszkamy. Przykładem lenistwa polskiego kina jest „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego.

Dlaczego zrobiono jego adaptacje tak niedbale? Ci sami aktorzy, oszczędność na każdym kroku, papierowe potwory i drętwe postacie. Jakby aktorom nie chciało się grać, a reszcie ekipy myśleć. Nie ma pieniędzy to trzeba ruszyć głową albo pomyśleć jak finanse zebrać.

Tymczasem my po prostu śpimy i olewamy. Przecież cykl opowieści o Geraltcie ma fanów na całym świecie, nie tylko w Polsce. Gdyby taki Peter Jackson zajął się jego realizacją to być może świat nie wyczekiwałby na premierę „Hobbista”, a na naszego rodzimego, białowłosego rycerza rzucającego zaklęciami. Nie rozwijamy pomysłów i nie inwestujemy w sukcesy by przekuć je w sukcesy jeszcze większe. Niepojęte. Odnosząca triumfy na świecie gra „Wiedźmin” czy nagradzany twórca „Katedry” i „Sztuki spadania” Tomasz Bagiński, cenieni na świecie reżyserzy Andrzej Wajda, Roman Polański i wiele innych osób z przemysłu filmowego udowadnia, że mamy potencjał. Dlaczego jednak tak go trwonimy? Na przykład dlaczego nie powierzyć Bagińskiemu stworzenia filmu o „Wiedźminie”, „Thorgalu”.

Może powinno my się dać rozwinąć skrzydła z krótkometrażowym filmem o historii Polski?

Wszędzie usłyszymy „nie”, najpewniej z wytłumaczeniem o braku pieniędzy. Przecież to proste lenistwo. Po prostu nie można realizować pomysłów, bez pomysłu na ich realizację. Brzmi to banalnie, ale wystarczy pomyśleć jak przyciągnąć zagranicznych, np. Amerykańskich producentów i sponsorów bu uiścić idee zrodzone w naszej ojczyźnie.

Kolejnym przykładem lenistwa, czyli pójście na łatwiznę jest np. serial „Czas honoru”, który ma taki potencjał, a trwonimy go. „Chłopaki nie płaczą” też są przykładem lenistwa i trwonienia sukcesu. Film był doskonały jako komedia. Dlaczego nie poszliśmy tym tropem lecz rozmieniliśmy go na drobne robiąc co raz słabsze filmy. Takie, że aż żal patrzeć.

 

 

Dlaczego Polskie kino choruje? Bo grzeszy w taki sposób, a ciężko nam znaleźć rozgrzeszenie. Przecież mamy potencjał. Piękne kobiety, bogatą historię, piękne krajobrazy, pomysłowych ludzi, wszak nie na darmo istnieje powiedzenie „Polak potrafi”. Pytanie co potrafimy? Czy tylko narzekać jak polscy reżyserzy, aktorzy, producenci, scenarzyści, że brak sukcesów w naszym kinie to wina tylko i wyłącznie pieniędzy? Otóż malkontenci i marudy są dla mnie niczym mityczna Hydra. Zetniesz jedną głowę, a na jej miejscu pojawiają się trzy kolejne. Obronisz jeden argument, znajdą kolejny. Osoby znajdujące w filmie minusy, wpadki, potknięcia przypominają też czyhające na ofiarę Sępy. Dlaczego padlinożercy, nie polujące drapieżniki? Drapieżny znawca kina, czy zwykły widz, wyjdzie przed szereg i pierwszy rzuci „kamieniem”, czyli subiektywnym komentarzem, przerzedzonym nutką obiektywizmu. Czyli po prostu powie co mu się podobało, a co nie, nie zapominając o tym, że pewne wnioski winna być wyrażane na zimno. Co robią kinowe sępy?

Otóż czytają niepochlebne recenzje i zapamiętują tylko i wyłącznie minusy danego filmu. Jest to swego rodzaju „efekt owczego pędu”, znany z terminologii ekonomicznej, w skrócie wygląda on tak, że „lubię dany film, bo ma wysoką ocenę więc ludzie go lubią”. Przykładem takiego rodzaju dzieła jest film „Nietykalni”, który choć dobry, to nie jest tak wspaniały jak „Forrest Gump”, którego ludzie wciąż oglądają, zobaczymy co będzie z „Nietykalnymi” po latach, jeśli dotknie ich upływ czasu to tytuł straci nieco na sensie.

Artykuł ten dedykuję całemu środowisku polskiego kina, o którym chciałbym móc napisać dużymi literami, lecz teraz jedynie wyglądałoby to jak krzyk rozpaczy.

Nie kopmy polskich filmów, bo wszyscy mówią, że są słabe, a leżącego się nie dobija. Nie niszczmy polskiej kinematografii, bo wszyscy mówią, że jest słaba. Zróbmy coś by to odbudować, a małe sukcesy przekuć w wielkie zwycięstwa. Zawsze byliśmy w tym dobrzy. Ważne byśmy wyzbyli się Siedmiu grzechów polskiego kina. Oczywiście polskie kino to nie tylko grzechy i słabe filmy, ale tutaj chciałem się skupić na jego grzechach. Zadajmy sobie pytanie – o jakich filmach słyszymy więcej. O słabych czy tych dobrych?  

Wyświetlenia: 3287
Proponowane artykuły