Wolne-dziennikarstwo.pl - W Cage'u konformizmu
wolne dziennikarstwo


Nareszcie!! Od bardzo dawna na nic nie czekałem bardziej niż na premierę drugiej części „Ghost Ridera”. Ostatni raz tak z taką niecierpliwością (obgryzanie paznokci, problemy z koncentracją, nerwowe spoglądanie w kalendarz itp.) wyczekiwałem prawdopodobnie odebrania w Urzędzie Miasta Wrocławia pierwszego dowodu osobistego, aby przy jego pomocy zakupić swoje pierwsze legalne piwo w „osiedlowym”. A wcześniej chyba tylko za małolata na zakończenie roku szkolnego oraz na pojawienie się na niebie pierwszej wigilijnej gwiazdki.

Ale jest! Doczekałem się! 13 kwietnia wkroczył do naszych kin!

Dlaczego akurat obraz Marka Neveldine’a i Briana Taylora? Zapewniam, że nie jestem fanem twórczości wymienionych dżentelmenów. Nie lubię także komiksu, służącego za kanwę osi fabularnej filmu,  który przy swojej marvelowskiej konkurencji w postaci grupy X-Men czy Człowieka – Pająka wyróżnia się wyłącznie jako piekielnie nudny i diabelsko przewidywalny. Nie gustuję także w płonących czaszkach, miałkich scenariuszach czy wydumanych sequelach, a paktowanie z szatanem pozostawiam literackiej fantazji Goethego, Mickiewicza czy Juliena Greena. Nie przepadam też za wcielającym się w tytułową postać Nicolasem Cage’m, jednak to właśnie jego obecność w obsadzie wywołała u mnie nerwowe oczekiwanie z pierwszego akapitu  i jest clue w moim tekscie.  Natomiast „Ghost Rider” kompletnie mnie nie interesuje i prawdopodobnie nigdy go nie zobaczę.

Premiera każdego kolejnego obrazu z Cage’m to idealny czas dla każdego z filmowych recenzentów. Darmowa możliwość słownego znęcania się, opluwania i kamieniowania aktora rzekomo kompletnie pozbawionego talentu. Możliwość ciągłego wytykania, iż kunsztownie umiałby zagrać  wyłącznie rolę zbitego psa i zmęczonego życiem policjanta, na dodatek w filmie którego scenariusz twórcy pisali prawdopodobnie na haju (ewentualnie na ciężkim kacu), a co więcej – zwykle zapomnieli go dokończyć. Mniej więcej pięć lat temu dla krytyków filmowych Cage stał się uosobieniem idealnego artysty, na którym bez względu na jakość produkcji zawsze będzie można się wyżyć, topiąc swoje małe frustracje i kompleksiki w słowach wyrastających ze stereotypów, nad którymi miast dyskursu panuje raczej bezrefleksyjny arazm. Po co myśleć, analizować, rozpatrywać? Cage to przecież aktorskie dno, protegowany wszechwładnej w filmowym świecie rodziny Coppola i hochsztapler imający się najgorszej nawet roli, dzięki której stać go będzie na spłatę milionowych długów.  Jest beznadziejny i basta.

Obrona przeze mnie aktorskich wyborów Cage’a mogłaby być na tyle karkołomna, iż  łatwiejsze zadanie prawdopodobnie miałby przed sobą adwokat Charlesa Mansona, Andersa Breivika czy samego Kuby Rozpruwacza. Nie rozumiem jednak zjawiska, w którym recenzenci (czasem dumnie tytułujący się krytykami) coraz częściej malują w swoich tekstach rzeczywistość, o której nie mają zielonego pojęcia. Tworzą z kina pewnego rodzaju utopię, w której wszystko jest starannie posegregowane i leży w swojej przegródce. Denny Gus van Sant zawsze będzie na topie, natomiast Cage to pupilek możnych z Hollywood, który dzięki znajomościom wujka w Akademii otrzymał Oscara za „Zostawić Las Vegas”. Krytykujmy rzetelnie: dobre chwalmy a złe piętnujmy – zgadzam się. Ale przemyślmy, a przede wszystkim zobaczmy zanim ulegniemy modzie na recenzowanie konformistyczne, które ze sztuką pisania ma mniej więcej tyle wspólnego co Nicolas Cage z Marlonem Brando.     

 

Wyświetlenia: 1918
Proponowane artykuły

KAC 10989

Tomasz Świtała

„Jestem królem świata” – tym tryumfalnym okrzykiem w 1998 roku James Cameron nie tylko przeszedł do historii kina, ale także z właściwą dla siebie pychą zamanifestował