Wolne-dziennikarstwo.pl - [Niesamowici Studenci] Kuba Cajzner: 'Jednym graniem na czynsz nie zarobię, rekordowo to trochę ponad 300 zł w dzień'
wolne dziennikarstwo



Jakub Cajzner - Grajek uliczny, początkujący muzyk, kompozytor piosenek no i student filozofii na UO.


Michał Kosel: Nie mogę wyrzucić ze swojej głowy tego wspomnienia, gdy z uśmiechem na twarzy odwróciłeś się po zajęciach na pięcie i powiedziałeś "Cześć chłopaki, idę na krakowską zarobić na czynsz" - faktycznie tak to wygląda?

Jakub Cajzner: Muszę przyznać, że granie na ulicy potrafi „upuszyścić” mój portfel. Chociaż raczej używam sakiewki (śmiech). Jednym graniem na czynsz nie zarobię, rekordowo to trochę ponad 300 zł w dzień. Co innego w Niemczech, gdy byłem w tegoroczne wakacje (śpiewałem głównie po polsku), to wpadało 100 euro w 3-4 godziny. Czasem więcej. Tak czy siak, od kiedy gram na ulicy, czyli już ze 3 lata, to jest to moje główne źródło dochodu, poza tym co daje mi uczelnia, no i oczywiście rodzice. Jednak granie daje najwięcej, choć muszę uważać żeby się nie uzależnić, bo kasa potrafi wszystko zniszczyć. A ja lubię po prostu grać na ulicy.

MK: Miałem okazję kilka razy słuchać tego, jak śpiewasz i grasz. Twoje gardło mimo dość przestrzennego rynku działa jak wzmacniacz i mikser w jednym - próbowałeś swoich sił gdzieś indziej? Czy po prostu jara Cię uliczny śpiew?

JC: Jara mnie granie na ulicy. Ta przestrzeń daje fajną swobodę. Mam ten plus, że głos posiadam raczej donośny. Choć bywa różnie. Nie panuję jeszcze za dobrze nad tym instrumentem. Na ulicy naśpiewałem się najwięcej i chyba trochę się nauczyłem kierować głosem. Rozgrzewka to podstawa. Dość długa nawet. No i dalej... Nie gram tylko na ulicy. Głównie puby. Tu w Opolu to był John Bull, przez rok zagrałem tam z Dawidem, od nas z filozofii, jakieś 10-15 razy, a ostatnio Kontrabas się pojawił. Zdecydowanie bardziej dostosowane miejsce do grania. W liceum pchaliśmy się na każdy apel. Jak były jasełka, to przed nimi zagraliśmy Hit the Road Jack (śmiech). W moich okolicach, w Bielawie, gram raz na dwa trzy miesiące w barze dobrego znajomego mojego Taty. Ostatnio gram z Tatą tam w duecie. On na basie.
W te wakacje była nawet taka trochę poważniejsza akcja. Można powiedzieć, że otwierałem z Tatą Regałowisko w Bielawie. Festiwal Reggae. Dowiedziałem się dwa dni przed akcją, ale było nawet dobrze. Chociaż stres zrobił swoje. Trochę tych występów pozaulicznych już było. I mam nadzieję, że będą w przyszłości. Chociaż muszę dużo popracować, bo brak mi trochę precyzji i stałości. Jak mówiłem, nie panuję zawsze tak dobrze nad głosem, a mikrofon nie lubi niedociągnięć. Z drugiej strony nagłośnienie daje dużo możliwości. Mogę być wtedy bardziej mikserem niż wzmacniaczem. Fajnie to ująłeś!

MK: Jak odbierasz śpiew i grę na ulicy? Jest to powód do dumy?

JC: Pamiętam jak jeszcze w liceum (w 3 klasie zacząłem grać) w Świdnicy znajomi, którzy coś tam muzykują mówili, że w swoim mieście było by im głupio. Jakoś mnie to nie ruszało. I dalej tak jest. Ludzie już mnie z tym trochę kojarzą, ale nie przeszkadza mi to. Czy to powód do dumy? Może trochę. Mam raczej nietypowe zajęcie.

Moja Mama jak się dowiedziała, to trochę była niepewna co ma o tym myśleć, ale jak mnie spotkała na ulicy i usłyszała jak śpiewam (wcześniej nie miała większego pojęcia co umiem, bo też trochę była antyartystycznie nastawiona. Martwi się, bo to nic pewnego) to zmiękła. Staram się być dobry w tym co robię. Jak nie idzie, to szybko się zmywam, bo to ma być przyjemne dla mnie i dla słuchaczy. Chociaż często jestem z siebie niezadowolony, a im się podoba. I w przeciwieństwie do tego, co niektórzy znajomi kiedyś mówili, ja sobie myślę, że to jest właśnie fajne. Siedzę sobie, gram, przechodzi np. moja nauczycielka z gimnazjum od muzyki i cieszy się na mój widok. Gdybym nie był takim punktem orientacyjnym, wielu tych ludzi z przeszłości bym więcej nie spotykał, a tak są okazje, by chwilę pogadać. Poza tym wielu ludzi poznałem tak sobie siedząc. No i wiadomo, uśmiech ładnej dziewczyny to zawsze coś miłego.


MK: Jest to sposób na życie, czy raczej kwestia dorobienia kilku groszy?

JC: Nie chcę żeby to był sposób na życie. W czasie studiów to jeszcze, bo miedzy zajęciami skoczę i trochę zarobię. Łatwo przychodzą pieniążki, ale łatwo też odchodzą. Pewnie przez to, że to takie łatwe. Tutaj też chodzi o wspólnotę, trzeba się tym dzielić jak się ma. Jutro najwyżej znów pójdę pograć i znów coś wpadnie. Kupię Jezusowi [znajomy ze studiów – przyp. Red.] paczkę fajek na przykład. Mam też ten plus, że jestem raczej wydajny. Mogę grać, śpiewać dość długo, 3-4 godziny. No i automatycznie wpada więcej po takim czasie.

MK: Jak jest z kulturą ludzi w tym zakresie? Bywają niemili, czy zatrzymują się i zagadują?

JC: Pewnie, bywają niemili, ale bardzo rzadko. Często to ludzie mocno znerwicowani, starsi. Nigdy obrażeń nie doznałem. Wśród tak zwanych dresów mam chyba nawet jakiś szacunek. podoba im się to co robię. Czasami ktoś uprzejmie, zwyczajnie prosi, żebym się gdzieś przesiadł, bo już 2 godziny mu wyję pod oknem. To się czuje kiedy ktoś naprawdę ma potrzebę ciszy, a kiedy po prostu coś mu nie pasuje. Taki już niestety jest. Ci drudzy prawie zawsze są karceni przez kogoś, kto akurat przechodzi, słyszy to i mówi, żeby dał mi spokój, bo chłopak fajnie gra itp.

No i często mam towarzystwo. Przyznam, że nieraz trochę natrętne. Ale z drugiej strony to mi pokazuje, że za bardzo mamona uderza do głowy. To jednak ulica, nie koncert na scenie i każdy ma do tego prawo. A ja przez to ścieranie uczę się szacunku, czasami też szczerości, gdy ktoś próbuje coś śpiewać, ale kompletnie to nie brzmi, czy gdy chce usiąść z piwem, czy po prostu zmienia mój wizerunek w taki sposób jakiego bym nie chciał.

MK: Masz dużą konkurencję?

JC: Grajków się spotyka, sam pewnie często ich widzisz. Niektórych znam lepiej, czasami gramy razem. Jak ktoś przyszedł wcześniej, a innych miejsc nie ma, to mogę jedynie zapytać o czas jaki w danym miejscu ktoś chce zostać. Zdecydowanie częściej udaje mi się znaleźć miejsce i grać, niż wracać do domu. Nie gram też w dużych miastach. Może to błąd. Póki co, te kilka, może 3 większe miasta, w których grałem mnie nie porwały. Jest coś takiego, i też to słyszałem od innych grajków, że im mniejsze miasto tym ludzie powolniejsi, że tak powiem. Bardziej ich obchodzisz. W Warszawie, czy Świnoujściu doświadczałem czasami zerowego zainteresowania. Za dużo kolorowych atrakcji dookoła. Ale mam zamiar pozwiedzać trochę polskich miast. Mniejszych i większych.

MK: Twoje największe marzenie? Dotyczące ulicy, gry?

JC: Odbyć podróż, tylko z gitarą i plecakiem. Na razie chociaż po Polsce. I żeby ta podróż czegoś nauczyła, coś zmieniła, ściągnęła z głowy trochę blokad. Spotykam ostatnio takich ludzi, którzy w pojedynkę podróżują. Dzisiaj np. poznałem mima, który od 12 lat, a ma 31, jeździ po świecie. Ponoć właśnie wrócił z Wysp Kanaryjskich.

MK: Studiujesz filozofię, czy z ulicznym graniem również wiąże się jakaś głębsza filozofia?

JC: Na pewno taka, że przebywam z ludźmi, a to wymaga czegoś więcej od człowieka. Jakiegoś dystansu do siebie i innych. No i same pojawiają się podstawy do filozofowania, kiedy w łatwy sposób można się utrzymać i to, co dla jednych jest największym problemem, dla mnie staje się mniej uciążliwe, czy wręcz w ogóle takie nie jest. Pojawiają się wtedy pytania o to, co wnoszę tym co robię, po co to robię itd...



Koncert Kuby - 22.08.2013 - Regałowisko 2013

 

Więcej opinii w temacie Uniwersytetu Opolskiego znajdziesz na profilu Twitterowym autora:


Wyświetlenia: 1407
Proponowane artykuły