Wolne-dziennikarstwo.pl - Adieu vielle Europe - Que le diable t'emporte.
wolne dziennikarstwo


Moim rozmówcą jest Łukasz Czeszumski-reporter, który oprócz badania szlaków narkotykowych w Ameryce Południowej, zajmował się również pisaniem reportaży na temat wojny w Afganistanie z terroryzmem. Jego teksty pojawiały się w tygodnikach „Focus” oraz „Polityka” .

Patryk Chodyniecki: Czemu opisujesz życie Legionisty, a nie np. komandosa z GROM-u, SAS? Czy masz jakieś konkretne powody?

Łukasz Czeszumski: To jakbyś pytał dlaczego główny bohater nazywa się Paweł a nie na przykład, Janusz.

PC: Janusz to takie patriotyczne imię i każdy ma przed oczyma gościa z wąsem, w białych skarpetkach i sandałach. Imię też ma jakieś znaczenie (śmiech).

ŁC: (śmiech) Ale wracając do tematu, to odpowiadam, że to jest opowieść o legioniście, a nie o kimś innym. I przecież to nie jest książka o Legii. Książek o Legii napisano wiele i to często przez ludzi, którzy Legii oddali kawał życia, więc kto chce przeczytać książkę o Legii, znajdzie takich spory wybór. Ja nie chciałem pisać o samej Legii. To jest tak naprawdę historia o człowieku, który przechodzi przemianę. Odrzuca zwyczajne życie które okazało się pełne zdrady i fałszu, włóczy się po świecie a wreszcie trafia do Legii, w której życie jest twarde, ale toczy się przynajmniej według jasnych zasad. Na swój sposób to świat sprawiedliwy. Paweł się w tym miejscu odnajduje. Nie chce zostać w Legii na całe życie, ale docenia to, że w końcu znalazł sobie miejsce.

PC: Opisujesz Pawła na zasadzie kontrastu, jako człowieka, który w swoim życiu kieruje się zasadą „żyć tak, żeby nie było szaro i monotonnie”. Pokazujesz realia pracy w Polsce, że po skończeniu studiów człowiek dołącza do machiny i monotonii systemu i powiększa „szarą masę”, a Paweł postanawia olać system i robić coś, co pozwoli mu żyć na maxa. Czy Ty sam masz taką dewizę?

ŁC: Z pewnością sam się taką zasadą w życiu kierowałem i to uchroniło mnie przed wylądowaniem w kieracie.nDzięki temu wyruszyłem w życie, które niosło wiele ciężkich prób, ale i ciekawych przygód. Ale paradoksalnie, takie życie nie czyni cię szczęśliwym. Wielość wyborów i liczne doświadczenia sprawiają, że bardziej się nad wszystkim zastanawiasz i więcej spraw cię martwi. I wnerwia. Może z tego bierze się potem potrzeba pisania?

PC: Czy jest człowiek, który zainspirował Cię to tej książki? Mam na myśli, faktyczną osobę, którą troszkę podkolorowałaś w swojej opowieści?

ŁC: Paweł był inspirowany osobą autentyczną, a nawet kilkoma różnymi osobami. Ale tylko jako osobowość, wizja bohatera, bo cała reszta jego historii to fikcja. Ta książka przedstawia rozmaite zdarzenia, często kontrowersyjne i każdy czytelnik sam musi je sobie ocenić, wyciągnąć wnioski. Ja nigdy nie piszę pod tezę.

PC: Czy pomoc humanitarna w Afryce serio wygląda tak, jak to opisałeś? Większość rozkradają rebelianci, a reszta dostaje wielkie g..?

ŁC: Tam jest opisane zdanie głównego bohatera. Który sporo widział i ma wyrobione zdanie na pewne tematy.

Ale on nie ma całej racji. Inny punkt widzenia przedstawia Doktor Steward–dla niego humanitaryzm i pomoc ludziom jest wartością nadrzędną, drogi do tego nie mają znaczenia. A jak jest obiektywnie? I tak, i tak. Tylko że rozkradają nie tylko rebelianci ale te wszystkie skorumpowane do cna rządy i ich przedstawiciele, co też jest w „Legioniście” pokazane.

PC: Nie chciałeś kiedykolwiek startować do Legii?

ŁC: Przecież nie można się rozdwoić! Każdy ma swoją drogę życia ze określonymi konsekwencjami i możliwościami. Od wielu lat podróżuję, piszę, poznaję świat i ludzi aby zdobyć inspirację i wiedzę. A do tego trzeba sporo pracować, żeby na to wszystko zarobić. To styl życia, który jest dość niezależny, nie da się go łatwo zaszufladkować. Miałbym trudności, aby wpasować się w jakąś sztywną strukturę, która pozostawia mało wolności wyboru. Dobrze jest zaznać różnych rzeczy, aby zrozumieć pewne zjawiska, ale trudno aby poświęcić się na lata jednemu tematowi, gdyż takie coś ukierunkowuje już na całe życie.

PC: No tak, ale jednak w Legii pomimo dopasowania do wojska, jest wiele ciekawych podróży w głąb piekła. Poznałbyś ludzi od najgorszej strony, a myślę, że to doświadczenie jest dosyć intensywne i ciekawe na swój sposób. Wiem jaki jest powszechny pogląd na ten temat, ale muszę spytać dla czytelników wolnego-dziennikarstwa, czy Legia Cudzoziemska składa się głównie z kryminalistów?

ŁC: To jest bzdurny, choć niestety dość rozpowszechniony stereotyp. W Legii Cudzoziemskiej jest pewien procent osób, które były karane czy też miały problemy z prawem. Ale to nie są kryminaliści, a ludzie którzy mieli jakieś drobne problemy. Legia to dla nich często takie wyjście awaryjne, sposób na odmianę swojego życia, na to by odrzucić stare błędy i zacząć wszystko od początku. Legia tak jak inne armie, nie przyjmuje kryminalistów, ponieważ są to ludzie kłopotliwi jako żołnierze. Ale tak jak i inne armie, akceptuje ludzi, którzy mieli jakieś niewielkie zatargi z prawem, a którzy chcą zmienić swoje życie i są gotowi zaakceptować standardy obowiązujące w Legii. Większość legionistów to po prostu ludzie szukający odmiany w życiu oraz wojskowej przygody.

PC: Czytałem, że byłeś w Afganistanie i Pakistanie. Co tam robiłeś?

ŁC: Miałem 24 lata i kończyłem właśnie studia dziennikarskie. I tak sobie wymyśliłem, że teraz aby zostać dziennikarzem muszę zdobyć jakiś dorobek, bo nowicjuszy nikt nie potrzebuje (a może i potrzebuje, ale do nieciekawej roboty i za marne pieniądze). Więc zebrałem oszczędności zarobione w poprzednie wakacje na budowach w USA i zaplanowałem sobie podróż z Polski do Bangladeszu, drogą lądową, przez liczne interesujące kraje jak Iran, Afganistan, Pakistan i Indie. W każdym z tych krajów chciałem zrobić po kilka reportaży. Podróż trwała około 100 dni. W Iranie widziałem ostatnich turystów, potem już spotkałem ich dopiero w Indiach. Ta podróż otworzyła mi oczy na różnorodność świata. Skrajnie odmienne kultury, niesamowita bieda, kilka groźnych sytuacji, seria napotkanych ciekawych osobowości. Napisałem te moje teksty, byłem w miejscach o których wcześniej mi się nie śniło, jak miasto po trzęsieniu ziemi, pałac afgańskiego pana wojny, targowiska z narkotykami, czarnorynkowe fabryki broni, kolonia trędowatych.

'Sklep' haszyszu i heroiny na terenie klanow w Peszawarze w Pakistanie.

PC: Dziwię się, że w XXI wieku jeszcze jest trąd. Ci ludzie są tam leczeni, czy to wygląda raczej jako miejsce na dogorywanie?

ŁC: Też mnie to zaszokowało, bo już dawno wymyślono skuteczne leki na trąd, które na dodatek kosztują grosze. Powodem jest tu jednak że tak powiem, ciemnota. To było w Indiach. Tam na wioskach ludzie mało wiedzą o osiągnięciach medycyny i mają słaby do niej dostęp. Osoba, która ma trąd jest stygmatyzowana, często ukarana wygnaniem z wioski. Ci ludzie ukrywają swoje objawy przed otoczeniem i najbliższą rodziną przez lata, aż zaczyna im gnić ciało, odpadać palce, i wtedy faktycznie zostają wygnani. I jak mają szczęście, to trafiają do takiej kolonii jak w Puri, gdzie zostają w końcu wyleczeni – ale zanim tam trafią pod opiekę lekarzy, są już zwykle poważnie okaleczeni – nie mają rąk, nóg albo wzroku. Co więcej, nie mogą już wrócić do swojej wioski ani rodziny bo przywitają ich tam kamieniami. Zostają więc w kolonii, tam często zakładają nowe rodziny. Bardzo ciekawa była postać prowadzącego ten ośrodek polskiego misjonarza, nieżyjącego już werbisty, ojca Żelazka. Niezwykły człowiek. Przeżył pięć lat jako więzień obozu koncentracyjnego, a po wojnie wysłano go do Indii, aby pomagał trędowatym. Zyskał olbrzymi szacunek u miejscowej ludności. W 2002 był nawet nominowany do pokojowej Nagrody Nobla. No a sama kolonia sprawia bardzo pozytywne wrażenie, to taka odizolowana od miasta wioska, mają szkołę dla dzieci, zakłady dziewiarskie, warsztaty, wszystko dobrze funkcjonuje.

PC: Co jeszcze widziałeś ciekawego w trakcie tej podróży?

Himalaje – oaza spokoju, cisza taka że dzwoni w uszach. Kandahar gdzie wtedy całe miasto wyglądało jak po nalocie a chmary dzieciaków na mój widok pokazywały „sympatyczny” gest podrzynania gardła. Peszawar, gdzie właściciel hoteliku nie rozstawał się z naładowanym kałasznikowem i częstował każdego haszyszem. I niezwykli ludzie – na przykład taki Ismael Khan, afgański pan wojny. Przez 10 lat walczył z Sowietami, a potem kolejne kilka z Talibami. Na końcu poróżnił się z nowym rządem, który chciał odebrać mu władzę. Niesamowita postać, wielki wojownik, a jednocześnie człowiek światły. Albo afgańscy saperzy, który rozminowywali swój kraj – biorąc pod uwagę liczbę pól minowych, robota godna Syzyfa. Każde rozminowane pole kosztowało życie lub kalectwo jednego, dwóch z nich.

PC: W jakich byłeś bazach i jakbyś opisał wojnę, która tam się toczyła?

ŁC: Raz byłem w bazie w Ghazni, tam jeszcze wtedy byli Amerykanie. Wtedy w 2004 nie było pełnego polskiego kontyngentu – byli tylko saperzy, którzy rozminowywali Bagram. Pewnie GROM też tam był, ale dyskretnie. Ja nie jeździłem po Afganistanie pod ochroną wojska, tylko samodzielnie. Kraj był zrujnowany, zapadły – to trochę tak wygląda, jakbyś się przeniósł wehikułem czasu z 500 lat wstecz! Walki toczyły się to tu to tam, bez wielkiej intensywności. Tu jakieś niedobitki talibów, tam grupy bandyckie. To była trochę ruletka, ale jakbym siedział w jakimś strzeżonym miejscu to w życiu nie poznałbym tego kraju. A sama wojna? Afganistan po zakończeniu wojny z sowietami został przez Zachód po prostu porzucony. Afgańczycy to naród który przez 10 lat bardzo ograniczonymi środkami walczyli z inwazją armii ZSRR. I wygrali, tylko że po tej wojnie kraj wyglądał już jak wielki poligon. Mudżahedini walczyli między sobą o władzę a potem wszystko zagarnęli szaleni talibowie, którzy postanowili sprowadzić wszystko do poziomu średniowiecza. Tak to się toczyło aż do ataku na Nowy Jork – wtedy sobie świat o Afganistanie przypomniał i uderzył na Talibów. Ja byłem tam w roku 2004. Wszędzie ruiny i nędza. Pola minowe i ulice pełne kalek. W Kabulu, Heracie i północy ludzie byli pełni radości, że wyrzucono talibów. A na południu czuło się atmosferę nienawiści. Tam jest brak edukacji, brak rozwoju, dużo prymitywu i sporo świrów. Ale najciekawiej było w Pakistanie na terenach klanowych. Klany żyją jak przed wiekami, no poza tym że posiadają dość nowoczesną broń palną… żyją z tego, co się zyskownie sprzedaje – produkcji broni, przemytu dragów, fałszywych dolarów – czego tam nie ma? Polityka mało ich interesuje. Udało mi się znaleźć

klanowego przewodnika, który miał dostęp do tych miejsc i który to wszystko pokazał.

KABUL-2004 rok.

PC: Istnieje teoria, że te kraje mają dostęp do heroiny i dlatego USA stworzyła ten konflikt, co sądzisz o tej teorii?

ŁC: Nie bardzo rozumiem. Jasne, że od dawna w Afganistanie produkuje się heroinę ale tak było i będzie niezależnie od jakiś wojen. Ten kraj to w końcu kompletna ruina! Co mają tam produkować – złote zegarki albo komputery? Najpierw Sowieci i Amerykanie toczyli tam rękami Afgańczyków wojnę zastępczą. Amerykanie wygrali i to wszystko zostawili jak jakiś śmietnik po pikniku, żeby sobie gniło. No bo kogo obchodzi jakiś dziki kraj pół świata dalej. Mało kogo, tylko że potem prędzej czy później zbiera się owoce takich zaniedbań. Właśnie z tego syfu i ruin wyrósł Taliban. Wojska Koalicji robiły tam dużo roboty na zasadzie „polowania na złych gości”. A ci źli goście to zwykle tłumoki ze wsi, sieroty, ludzie odrzuceni, którzy z braku lepszego zajęcia sobie strzelają i chcą wprowadzić w życie jakieś szalone islamskie utopie. I do tego masz różne klany, różne grupy interesu włącznie z handlarzami opium i broni. I masz warunki naturalne – pustynia to pustynia, ale te góry na wschodzie Afganistanu – nie oddają tego żadne zdjęcia, po prostu jak spojrzysz na te skały, to ciarki przechodzą. Jak prowadzić tam wojnę i jak utrzymać taki teren? Ciężka sprawa. Ktoś może zapytać – no to po co w takim razie było wysyłać tam wojska, co to dało? Dało to, że nie pozwoliło Afganistanowi osunąć się w całkowite bagno. Dało to, że islamiści którzy w tym kraju rządzili i robili co chcieli na niemal całym terytorium dostali łupnia i musieli schować się w góry, przez co stracili wiele ze swej siły. Afganistan pokazał, że teraz świat to globalna wioska – a problemy jakiegoś zapadłego kraju, jeśli nie zareagujemy, mogą stać się problemem również naszym. Ten trud nie poszedł na marne. Czasem czytam komentarze w Internecie pod artykułami dotyczącymi światowych konfliktów – ludzie, którzy je piszą wydają się nieraz kompletnymi debilami. No ale wiesz, co już Lem powiedział w jednym celnym zdaniu…

PC: Żebyśmy nie kończyli pesymistycznym akcentem, spytam: O czym będzie twoje kolejne dzieło?

ŁC: „Zasady Wojny”-najmocniejsza z moich książek. Opisuję tam historię małej grupy najemników, walczących o przetrwanie w środku kolumbijskiej dżungli. Akcja osadzona jest w mało znanej rzeczywistości tajnych wojen o ropę naftową.

PC: Znając życie - pewnie się skuszę! Dzięki za wywiad.

ŁC: Również dziękuję.


Jeżeli ktoś jest zainteresowany twórczością Pana Łukasza Czeszumskiego, to zapraszamy na jego stronę: http://www.czeszumski.com/.

Wyświetlenia: 1821
Proponowane artykuły