Wolne-dziennikarstwo.pl - Stereotypy a edukacja (II cz.)
wolne dziennikarstwo


                Niedawno znów przypomniały mi się pamiętne czasy, gdy przyjechałem do Polski na lektorat do Krakowa, na słynny Uniwersytet Jagielloński. Było to w roku 1989 i po polsku tak średnio rozumiałem, a z mówieniem było jeszcze gorzej. Czyli, jednym słowem kiepsko. Wtedy mój angielski był na pewno lepszy, niż teraz jest, owszem na uczelni ludzie (koledzy, studenci) w większości bardzo dobrze panowali w języku serbsko-chorwackim, więc z porozumiewaniem się ogólnie nie miałem większych problemów. Bardzo szybko, za sprawą mojego wielkiego przyjaciela, którego wcześniej znałem, zaprzyjaźniłem się z studentami ówczesnej socjologii. Były to tak miłe czasy, że do dziś utrzymujemy bliskie kontakty między sobą. Również, jakoś wczesną jesienią, poznali mnie z ich kolegą z Instytutu, niezwykle ciekawym panem z administracji, który lubił sobie zakpić i z nas, i z niego samego, z kolegów… Pewnego dnia, w jednej z licznych krakowskich kawiarenek, przy kawie odważył się w końcu do mnie przemówić ‘konkretniej’ i miłym głosem mi oznajmił: „Kochany, znam ja ‘Jugoli’. To zaj…..y naród, ale posłuchaj mnie - będzie się tam lała krew po kolana”! Hmm, jakiś pan takie rzeczy do mnie mówi? To znaczy, ja czułem, my wszyscy czuliśmy co nam grozi, ale że aż tak? I to dobre 2 lata, zanim doszło do pierwszych starć w Chorwacji? Nie, to niemożliwe, wmawiałem sobie. I jeszcze z takim komplementem do mnie, Jugoli.

Minęło parę lat. Spotykamy się znowu i on do mnie: „I co Zdravuniu, nie miał mistrz racji?”, a ja tak tylko kiwnąłem głową i  z niewyraźną miną zareagowałem, bardziej, że to on miał tak trafną ocenę, niż  że mnie w tym akurat danym momencie ‘mistrz’ jakoś specjalnie zaskoczył. Mijają kolejne lata, wojna się rozpętała i kończyła, powiedzmy że od 1995 roku nic ‘krwawego’ się nie zdarzyło na Bałkanach, aż do nalotów w roku 1999 na Serbię i Kosowo. O tym nie będę tym razem, bo nie o to mi chodzi. Następna akcja toczy się w Poznaniu na przełomie wieków (ale to zabrzmiało! Jak bym miał z 90 lat i opowiadam tu teraz jakieś wspomnienia), drugi etat wtedy miałem na UAM-ie. Wychodzimy do jakiejś knajpy ze studentami z okazji kolejnego Balkan festival i tam nagle życzenia wesołych roztańczonych gości, by DJ zagrał jak najgłośniej się da „Kalasznikowa” Gorana Bregovicia. Nagle się poczułem jak w Sarajevie, czy Beirucie. Bam-bam-bam, ra-ta-ta… owszem, nie strzały z tego debilnego karabinu, lecz odgłosy z głośników! Studenci, inni goście, ludzie… po prostu w delirium tremens! Młodzież udająca, że trzyma tego ‘kalasza’ w rękach i owszem bawiąc się i tańcząc ‘strzelająca’ do siebie. Ja i moi koledzy, wówczas pracujący na tym wydziale, w szoku, po prostu ze zdziwienia nie mogliśmy patrzeć na to co się dzieje, choć wszyscy wokół byli maksymalnie uśmiechnięci, odprężeni i bawili się genialnie. Wszyscy, z wyjątkiem nas – ‘Jugoli’, jakim mianem nas raczył określić ten mój bohater. Jeden z kolegów przeżył wszystkie golgoty oblężonego Sarajeva, więc taka zabawa tym bardziej była niezręczna. „Matko, myślałem sobie, przecież ci ludzie nie wiedzą co robią! Czy oni zdają sobie sprawy z tego, co to jest? Co to oznacza?”

I mówię sobie: „A nie, ty takim wykładowcą nie będziesz! Nie ma puszczania tej muzyki Bregovicia, nie ma filmów Kusturicy na lekcjach! Niech cię nawet wywalą z pracy, ale tego nie będzie”. Mało tego, postanowiłem nie pokazywać im nawet te dzieła, które odbiegają od wspomnianego wątku twórczości tych panów, mimo iż poprzedni ich dorobek był jednak wart poznania. Ja jestem zdania, a być może jestem słabym znawcą filmowym i muzycznym, że obydwóch łączy jedna rzecz – ich najlepsze dzieła powstawały na samym początku ich kariery, potem to wszystko szło niżej i niżej, a gdy wojny wybuchły było to tylko chodzenie po trupach mające na celu pokazanie w jak największym stopniu perwersyjne wymogi tej części medialnego rynku: konsumpcję przemocy w mieszance z ludowym jugo-folklorem, a co miało dać ‘lepszą zabawę’ oraz większe zyski. Byłem i nadal jestem zdania, że żyjemy w czasach globalizacji, gdzie dostęp do każdego rodzaju informacji jest tak bardzo prosty, że każdy bez problemu znajdzie to czego szuka. Ale przynajmniej ja pospolitym pośrednikiem w procesie nadawania tego typu komunikatów nigdy nie będę, nawet za cenę utraty pewnego statusu czy autorytetu. Ci dwaj panowie, teraz gdy kicz i przemoc na Bałkanach powracają w niesamowitym tempie, w pewien sposób też się do tego naszego wizerunku przyczynili, bo – jak widzimy ­– zabija i ich kamera, i ich muzyka. Jeden z nich starał się, i przez pewien czas to mu się udawało, wcisnąć swoją ‘twórczość’ także na polski rynek, na szczęście szybciej z niego znikł, niż się pojawił. Moi studenci znają to moje zdanie i nastawienie oraz szanują je. Problem polega na tym, że jest to jednak mała garstka ludzi, odliczona grupa miłośników prawdziwych Bałkanów, a nie cała opinia publiczna, do której taki głos jak ten mój, po prostu nie dotrze.

Morał. Nie posądzam odbiorców, ale nadawców. Odbiorcy są tacy, jacy są. Wśród nich mogą się przytrafić całkiem fajni ludzie, ale są i ci zupełnie inni. Trzeba ich tylko jakoś re-edukować, nauczyć poprawnie myśleć i wskazać im, gdzie właściwa droga – to zadanie nr 1 wykładowcy, który jest autentycznym odbiorcą kultury regionu, o którym się dużo mówi w mediach. Również, nie powinno się ich kategoryzować według wykształcenia, statusu społecznego czy sympatii do pewnej grupy społecznej, narodowości, wyznania itp. Nie należy katować ich odgórnie, lecz odnaleźć jakiś kompromis i spróbować wyciągnąć z nich maksimum pożyteczności, o czym na wstępie też pisałem. Przytaczam, na potwierdzenie tej tezy,  taki cytat mojego ulubionego Kazika, który kiedyś znalazłem w necie, i który jest powiedziany właśnie takim „kazikowym językiem” (cytowane wulgarności w tym akurat miejscu, jak i powyżej cytowane wypowiedzi mojego krakowskiego znajomego, zupełnie przystają do mojego wątku):

„Byłem w Londynie w 1981 roku. Widziałem poważną katastrofę w londyńskim metrze. Wybuchł pożar czy coś się stuknęło. Wszyscy zaczęli spierdalać, co jest zresztą ludzką reakcją. Ale jechała też tym metrem grupa skinheadów. Wracali z meczu albo z pubu. I jak się to wszystko zaczęło palić, to w wagonach zostali uwięzieni ludzie. I ci skinheadzi byli jedynymi, którzy nie uciekli. Mało tego: oni zaczęli wynosić tych rannych i popalonych! Także nie zna się dnia ani godziny, ani ludzi, którzy rzucą się na ratunek”.

 

Wyświetlenia: 2052
Proponowane artykuły