Wolne-dziennikarstwo.pl - „KARAKAN” cz.1
wolne dziennikarstwo


Strasznie ciężko jest wybrać materiał, który mogę opublikować jako wywiad. Nie chodzi o to, że rozmowa była nudna, ale zaczynając jeden fragment, musisz pociągnąć dialog przez dwa następne itd. Postanowiłem podzielić swój materiał na II części. W pierwszej poznacie w ogromnym skrócie historię dzieciństwa Karakana, początki więzienia oraz jego pierwszą styczność z narkotykami, a nawet ich produkcją! W drugiej części… Sami zobaczycie! (wszystkie dane osobowe zostały zmienione) 

PS: Tak dla porównania: ten materiał stanowi może z 5% całości książki.

Fotografia: Szymon Sztonyk

 

 

PC: Szukałem dzisiaj Pana. Proszę sobie wyobrazić, że jak spytałem jakiejś kobiety z Pana klatki o „Pana Andrzeja”, to nie skojarzyła, dopiero jak powiedziałem Karakan. (śmiech)

K:hah, mało kto zna mnie z imienia i nazwiska. Ci co znali, to już dawno się zaćpali. Widziałeś coś na skrzynce pocztowej?

 

PC: Co Pan ma na myśli?

K: Chleb. Sąsiedzi mi zawsze jakiś chlebek zostawiają na skrzynce, żebym miał coś do jedzenia.

 

PC: Kiedy Pan się urodził i jacy byli Pana rodzice?

K: Urodziłem się w Prudniku, 13 lutego 1958 roku. Ojca nie pamiętam, Matka też mnie nie wychowywała. Byłem w Kinderhousie. Przebywałem tam od piątego roku życia. Moja mama miała problemy z psychiką i nerwami i dlatego zostałem jej odebrany. Teraz mam 57 lat, z czego prawie 50 przechlałem, a 30 przećpałem.

 

PC: Nie miał Pan żadnego przyjaciela, który by bezinteresownie pomógł, wskazał drogę i doradził?

K: Miałem i nazywał się Rysiek Winnik. Pracował w tartaku. Zawsze mi pomógł. Dał grosz na jedzenie, czasem dał samo jedzenie, piwo. To był bardzo dobry człowiek. Długo go nie widziałem i obawiam się, że chyba umarł, bo wtedy był już starszym facetem, a dodatkowo miał problemy z sercem.

 

PC: Jakie miał Pan marzenia jako dziecko?

K:Chciałem być policjantem albo strażakiem. Od zawsze podobał mi się mundur, ale jak sam widzisz-wyszło całkowicie na odwrót. W ogóle, to nie mów mi na Pan, bo na Pana, to trzeba sobie zasłużyć. Skończ z tym Panem. Andrzej jestem!


PC: Ok.! Jak jest w domu dziecka?

K: Do dupy. Nie chciałbym tam być, jakbym miał wybierać pomiędzy rodzicami a Kinderhousem, to wybrałbym rodziców, no ale trzeba ich jeszcze mieć. W sumie było tam około 100 dzieci, chociaż nie jestem pewien, bo szczerze mówiąc, słabo już pamiętam tamten etap mojego życia. Czasem przychodzili ludzie, żeby adoptować małe dzieci, a jak byłeś większy, to nie miałeś jakiejkolwiek szansy na to, żeby ktokolwiek Cię wyciągnął. Ludzie chcą wychowywać swoje dziecko od maluszka, a jak masz 7, czy 10 lat, to maluszkiem nie jesteś. W sumie, jak tak się zastanowię, to nie czułem się tam osamotniony. Było sporo wiary!

 

PC: Masz jakieś dobre albo złe wspomnienia z tamtego okresu życia?

K: Ta, bunkier z kolegami wykopaliśmy! Znajdował się na sadzie. To było w Głogówku. Bunkier był zajebisty miał pięć metrów na pięć. Każdy dzieciak marzy o zrobieniu swojej bazy. Nasze marzenie się spełniło i jeszcze nie musieliśmy niczego budować. Tam mogliśmy napić się wódy i piwa.

 

PC: Ile miałeś wtedy lat??

K: A ja wiem, może z dziewięć? Szybko zacząłem swoją przygodę z używkami.

 

PC: A papierosy? Też były?

K: Pewnie! Palić też wtedy zacząłem. Wszystkie bajery ładowaliśmy w bunkrze przy domu dziecka. Miałem taki peryskop i patrzyłem, czy ktoś przypadkiem nie nadchodzi. Raz się patrzę, a tam dyrektor w oknie. Stoi taki wkurwiony i nasłuchuje, a moi kumple śpiewają najebani w tym bunkrze. No to ja mówię: „chłopaki, uciszcie się, bo facet się połapie”. Dobrze, że się nie skapnął i mogliśmy się napić w spokoju.

 

PC: Masz kontakt z ludźmi z tamtego okresu?

K: Kontakt z byłą ekipą już dawno się zakończył. Każdy poszedł w swoją drogę i tyle. Przecież sam wiesz, że w życiu poznaje się wiele osób, potem z wieloma się żegna, mimo, że nie zawsze się tego chce.

 

PC: Jak was traktowali w domu dziecka?

K: Ciężko mi sobie przypomnieć. Chociaż nie! Był taki jeden skurwiel… Lał strasznie, gdy widział, że ktoś pali szlugi. Kazał się kłaść i tłukł pasem. Wpadłem kiedyś na pomysł, żeby podłożyć sobie ręcznik pod spodenki, bo wtedy by mniej bolało. Facet mi przyjebał pasem, a ja ściemniam „ał ał ał”, że niby mnie boli. (śmiech) Wtedy się połapał, że coś mi wystaje ze spodni, złapał i wyciągnął mi ręcznik, który miał amortyzować uderzenia. Ale mi spuścił wpierdol za kare. Po tym numerze już sam wolałem się położyć i z pokorą przyjąć karę.

 

PC: Gdzie zdobywałeś wykształcenie? W tym KinderHousie?

K: Nieee. Chodziłem do szkoły w Głogówku i Raciborzu.

 

PC: Jak wyniki w nauce?

K: Ja byłem tępy.

 

PC: Nie rozumiałeś materiału, czy nie chciało Ci się uczyć?

K: Nie chciało mi się.

 

PC: To byłeś leniwy, a nie tępy.

K: No tak, ale jakoś sobie poradziłem. Chodziłem jeszcze do zawodówy.

 

PC: Jaki zawód?

K: Górnik, ale to było z przyśpieszeniem, bo miałem sześć klas podstawowych i oni mnie przyjęli. Moim zadaniem było skończenie tam siódmej i ósmej klasy. Do tego wszystkiego dawali mi dwa lata na naukę zawodu, a potem miałem pracować w kopalni.

 

PC: Zdobyłeś zawód i co się działo dalej?

K:Wróciłem do Prudnika, mieszkałem u mamy. Wtedy to była ul. Powstańców Śląskich 9. Dzisiaj ten budynek już nie istnieje. Potem moja matka wyjechała do Białej. Pojechałem do niej i tam mieszkałem. Po jakimś czasie mama zmarła, jej mieszkanie zostało zabrane, a ja wróciłem znowu do Prudnika, do swojego mieszkania. Mieszkam tu od 30 lat z przerwami.

 

PC: Z czego płacisz rachunki, skoro nie masz żadnej pracy?

K: Nie płacę. Nie mam z czego. Poza tym, mam taką małą norkę, że za to i tak nie powinno się płacić. Nie mam prądu, woda jest na korytarzu. Dla mnie to tylko miejsce do spania. Wychodzę z domu, zamykam go na klucz i tyle. W piecu nie palę, bo mi tam ciepło. Kiedyś przyszedł pewien prezes i chciał, żebym mu zapłacił za mieszkanie i mówi: „proszę o uregulowanie rachunków”, a ja do niego:„Panie, ja tu miałem mieszkać 3 miesiące, a Wy mnie na 30 lat zostawiliście, pojebało Was?!” I ten facet wyszedł z dosyć mocno posmutniałym wyrazem twarzy.

 

PC: (ŚMIECH), to widzę, że życie w Prudniku wyszło.

K: Wyszło tak… Że ja poszedłem siedzieć! (śmiech)

 

PC: Kiedy pierwszy raz trafiłeś do paki?

K: Miałem 17 lat. Dostałem rok więzienia za kradziejke. W Prudniku, przy ul. Kolejowej jest Kuśnierz. W biały dzień sobie wchodzę i tam była taka osobna ścianka, że sprzedawca jej nie widział. Na niej wisiało futro, które chciałem zajebać. Moim wspólnikiem był kumpel, który trącił walizką jakieś zwierzątko, myszkę, królika, czy chuj wie co to było. Jak facet poszedł poprawić to zwierzątko, to ja schowałem futro i w długą. Ten sprzedawca był kulawy, nigdy by nas nie dogonił. Wybiegł za nami i krzyczy: „Panowie! Oddajcie mi to futro!”. Zrobiło mi się żal człowieka, wracam oddać zdobycz, a on cmyk! Zamknął drzwi i zaraz przyjechała policja. Wtedy mnie pierwszy raz zamknęli.

 

PC: Ile dostałeś i gdzie odbywałeś karę?

K: Dostałem rok do odsiadki. Najpierw siedziałem w Prudniku, potem mnie wywieźli na Horule. Tam był ośrodek w którym odbywałem swoją karę.

 

PC: Bałeś się pierwszej odsiadki?

K: Pojebało Cię? Czego tu się bać? Ja od początku kary potrafiłem grypsować, więc miałem tam szacunek. W domu dziecka się nauczyłem, więc miałem z górki. W więzieniu potrafiłem wyprodukować swój alkohol. Może inaczej, miałem swoją małą fabryczkę alkoholu!

 

PC: I jak to wyglądało?

K: Wykopałem sobie dołek i pędziłem bimber dla siebie i często dla współwięźniów. Moim głównym składnikiem była marmolada, którą brałem od kucharzy. To był całkiem zacny trunek.

 

PC: Z marmolady da się zrobić bimber?

K: A jak?! Wrzucasz drożdże i to zaczyna fermentować. Jak tak sobie pomyślę, to chyba ze wszystkiego dałbym radę zrobić alkohol.

 

PC: No i co dalej?

K: No i nic, siedzieliśmy i chlaliśmy. Tak wyglądała moja odsiadka. Chyba nie myślałeś, że będziemy tam odgrywać Hamleta? Więzienie jest dosyć nudnym i monotonnym zakładem.

 

PC: A nie musieliście pracować?

K: Pewnie, że pracowaliśmy. Jak byłem w Strzelcach Opolskich, to zajmowałem się robieniem butów. Zakład był na terenie więzienia, więc nigdzie się nie wypuszczaliśmy. Za fuchę mieliśmy normalnie płacone, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć konkretnej kwoty. Robota była nudna. Każda fizyczna praca jest wg mnie monotonna i nudna. Może dlatego nigdy nie potrafiłem się zahaczyć na dłużej?

 

PC: A od wypłaty odciągali wam żarcie i mieszkanie?

K: Żarcie i mieszkanie? Coś Ty… Przecież ich pieprzonym obowiązkiem było to, żebyśmy mieli co jeść, a czemu mieliśmy płacić za mieszkanie? Przecież to była cela (śmiech). Może jeszcze kurwa miałem dawać napiwki dla kalifaktora, bo mi jedzenie przyniósł?

 

PC: Mogłeś mu dać 20% od wartości przyniesionego posiłku.

K: Jego nagrodą było wpisanie lepszego sprawowania w kartotece->to był napiwek.

 

PC: Jakbyś zebrał do kupy wszystkie wyroki, to ile odsiedziałeś?

K: W sumie, to by się z 10 lat uzbierało.

 

PC: Całkiem sporo, a za jakie przestępstwa?

K: Głównie za kradzieże.

 

PC: A narkotyki?

K: Oooo tak! Za to też siedziałem.

 

PC: Za używanie?

K:Nie! Za produkcje! (śmiech)

*

PC: Ty jesteś normalnie mała fabryka! (śmiech) Najpierw produkujesz alkohol, potem narkotyki.

K: No kompot to potrafiłem zrobić. Cztery godziny trwała cała robocizna. Jak już wszystko było gotowe, to ćpania starczyło na 3-4 dni, zakładając, że ćpałem tylko ja. Można powiedzieć, że byłem całkowicie samowystarczalny.

 

PC: Drogie Panie, takiego zaradnego chłopa to ze świeczką szukać! Podaj mi przepis na krajową heroinę, też sobie zrobię! (śmiech)

K: OK. Zaczyna się od zbierania maku. Zbierasz makowiny i gotujesz. W zielonych było mleczko i to mleczko trzeba było zaacetylować, acetylowanie było po to, żeby nie dostać febry, nie? Alkoholem mogła być wóda, ale nie tylko. Do tej czynności mógł posłużyć czysty spirytus. Dopiero wtedy mogłeś sobie wziąć działkę. A kompot? Kompot się robiło tak, że wrzucałeś brązowe makówki i gotowałeś do momentu, aż powstała maź. Do tego trzeba było wpierdolić kationicz.


PC: Co to jest kationicz?

K: To było takie coś, co oczyszczało wodę. My to braliśmy z firmy FROTEX, bo tym się oczyszczało wodę w tej fabryce. Do wywaru trzeba było jeszcze wrzucić sól. To trzeba było opłukać i wrzucić wszystko do makiwary.

 

PC: Na potrzebę tej książki stworzę chyba osobny słownik. Co to są Makiwary?

K: Powodzenia! Makiwara, to jest ten cały wywar. Potem to wszystko trzeba było mieszać z 30min. Kationid wsiąkał kaloidy. Potem to trzeba było odlewać, odpłukać i po tym wszystkim brało się amoniak i zalewałeś kationid.

 

PC: Amoniak? Na chemii miałem okazję go powąchać. Przecież to musiało strasznie śmierdzieć.

K: Śmierdziało straszecznie! Kurrrka! Potem to wszystko rozlewałeś. Robiło się zlewki, które miały parę gram. Następnie trzeba było to odparować. Jak woda odparowała, to zostawała maź, którą się wstrzykiwało w żyłę. Tak wyglądał przepis na idealną, krajową heroinę. Jakbyś kiedyś gotował, to daj cynk, a sprawdzę, czy dobrze robisz (śmiech)

 

PC: Kulinaria zawsze były moją pasją, gorzej z chemią. A jakaś prostsza opcja stworzenia tego narkotyku? Powiedzmy, że słaby ze mnie Heisenberg.

K: No to zrywasz mak, skrobiesz mleczko, przysmażasz na łyżeczce, acetylujesz to wszystko wódą albo spirytusem. Wszystko musi mieć kolor lekkiego brązu, jak już osiągnie taki kolor, to rozcieńczasz z wodą i jest fajnie.

 

PC: I o to właśnie chodzi! Teraz moi znajomi, którzy chodzą do klasy gastronomicznej będą musieli na zaliczenie ugotować krajową heroinę!

K: Zdadzą na piątkę! (śmiech)

 

PC: Powiedziałeś mi wcześniej, że siedziałeś kiedyś przez narkotyki. Gdzie to było?

K: Hmmm… Muszę sobie przypomnieć. To tak: w Opolu, w Głubczycach i Strzelcach Opolskich, to chyba tyle jeżeli chodzi o narkotyki.

 

PC: I jak tam było?

K: No jak było? Nie wiesz kuźwa jak było?

 

PC: W Strzelcach, to jest ciężka sprawa. Pewnie siedziałeś wśród gwałcicieli i morderców.

K:Więzienie ogółem było bardzo ciężkie i nie dlatego, bo siedziały tam mendy, tylko jak człowiek jest na wolności, a potem się go zamyka w ciasnej celi, to się dusi. Jest mało miejsca, wszędzie śmierdzi, siedzisz z różnymi ludźmi z wykrętami, ale są też normalni.

 

PC: Pewnie wszyscy niewinni!

K: W więzieniu tylko tacy siedzą (śmiech).

 

CDN…

Wyświetlenia: 3762
Proponowane artykuły