Wolne-dziennikarstwo.pl - Karakan cz. II
wolne dziennikarstwo

Gru
28

Kolejna cześć wywiadu z byłym narkomanem i recydywistą-Karakanem. Zapraszam!
(wszystkie dane osobowe zostały zmienione)

Zdjęcie: Szymon Sztonyk

 

PC: Jacy byli klawisze?
K: Klawisze byli różni. Jedni byli ok, inni już mniej. Był taki facet, który mi czasem przynosił kawę, czasem herbatę. Zdarzyło się nawet, że przyniósł mi papierosy. Posłuchaj, człowieka nie determinuje jego zawód, tylko cechy wrodzone+elementy wyniesione z domu. Nie uważam, że wszyscy klawisze to chuje, bo są klawiszami. Chujem jest ten, kto tak się zachowuje i tyle. Nie miałem wśród nich przyjaciół, ale dobrzy znajomi się zdarzali.  

PC: Czytałem ostatnio trochę artykułów o więzieniu i znalazłem informację, że trzeba pilnować tzw. „bibuły”. Co to jest?
K: To jest taki kwitek wielkości twojej kartki i na nim masz swoje dane osobiste
+ przestępstwo za które zostałeś skazany i jeszcze (chyba) długość kary. Dokument ten otrzymujesz od prokuratora. Wtedy z miejsca wiadomo kto jest cwelem itd. Znaczy wiesz, kiedyś było inaczej w pace niż teraz. Wchodziłeś do celi i mówiłeś „siema, grypsuję”, a jak były jakieś znajomki, to tylko potwierdzali twój status w hierarchii i miałeś luzy. Jak siedziałem z Kądzialą to było super!

PC: No proszę, nie mówiłeś, że siedziałeś z Kądzialą!
K: Bo zapomniałem. To był areszt w Prudniku. Tutaj musiałem siedzieć tylko i wyłącznie do sprawy.
Z reguły trwało to maksymalnie do trzech miesięcy. Potem dostawałeś wyrok i leciałeś do innego więzienia. Nasza „przygoda”, że tak powiem skończyła się w ten sposób, iż jego wywieźli do Nysy, bo był o wiele młodszy ode mnie, a ja trafiłem do Głubczyc-tam było więzienie dla recydywy. Stary, fajnie tam było!


PC: Fajnie? Co tam mogło być fajnego?
K: Kuźwa, cele pootwierane. Chłopie tam było najspokojniej. Chodziłeś sobie gdzie chciałeś i kiedy. Totalna wolna amerykanka.


PC: A Ci strażnicy nie bali się tak puszczać was na spacerki po korytarzach?
K: A czego się mieli bać?

PC: Chociażby tego, że zrobicie rozpierdziel.
K: Nikt nawet o tym nie myślał. Tam był taki wysoki mur, że nie było opcji ucieczki. Jak sobie przypomnę co było w 1975 roku, a potem, to normalnie przepaść. Przede wszystkim była koszmarna różnica pomiędzy rygorem. W 1975 i wcześniej, to na spacer mogłeś iść raz dziennie i to tylko na godzinę, potem cela była zamykana i 23 godziny na dobę musiałeś się w niej kisić. Wtedy było naprawdę przejebane. Dobrze, że weszły te zmiany do więzienia, bo 23h/dobę siedzieć w jednym miejscu, to nieciekawa perspektywa.

PC: Nie wątpię. A jak wyglądał spacerniak?
K: Kółeczko, które miało parę metrów było naszym spacerniakiem. Szczerze mówiąc, to wątpię, żeby ono miało z 10 metrów. Osoby które się w nim znajdowały chodziły w jedną stronę pół godziny, a potem padało hasło „w prawo zwrot”, albo „w lewo zwrot” i w drugą stronę chodziło się przez kolejne pół godziny, żeby było jakieś urozmaicenie. Wyglądaliśmy jak Wilczki w zoo, które chodzą dookoła klatki.

PC: Urozmaicenie po byku.
K: (śmiech) Więźniowie sobie ustalili, że będą najpierw chodzić w taką stronę, a potem w drugą. Spacerniaki są za małe na to, aby chodzić w chaosie. W Prudniku to dopiero jest mały spacerniak.

PC: Pracowałeś w Prudnickim areszcie?
K: Pamiętam, że była tam jakaś pralnia i warsztaty. Czekaj przypomnę sobie… Była stolarka i ślusarka. Kiedyś nawet budowano naszymi rękoma budynki mieszkalne obok placu wolności. Nie mówię o tym, że robiliśmy je od A do Z, ale np. zajmowaliśmy się jakimiś wykończeniówkami, czy remontami. Kiedyś robiłem na samej górze budynku. Musiałem przywiercić blachę do dachu, a problem był taki, że ta blacha zaczęła mi spierdalać w dół. Kolega się do mnie wydarł „spierdalaj stamtąd, bo spadniesz!” Przeskoczyłem obok, a ta blacha na której stałem poleciała sobie na beton. Jakbym został w tamtym miejscu, to dzisiaj bym siedział obok Ciebie nie na ławce, a na wózku.

PC: Trochę ryzykowna robota. Nie bano się o to, że spadniecie i się pozabijacie?
K: Coś Ty. Oni to mieli w dupie. Dla nich najważniejsze było to, żeby dachy i magazyny były odjebane, bo te pomieszczenia, które remontowaliśmy były z reguły magazynami na drzwi okna itp.


PC: Gdzie jeszcze robiłeś?
K: Na Horuli robiłem meble. Kiedyś to nawet zrobiłem zajebisty stół, który tak się spodobał klawiszowi, że ten postanowił go kupić. Dużo czasu i serca włożyłem w ten stolik. Całość musi być dobrze zakołkowana i poprzybijana. Dopiero potem się kładzie blat. Każda noga była wyrzeźbiona specjalnymi narzędziami. Dużo trzeba tam technicznie potrafić, żeby to wszystko ładnie wyglądało, potem jakieś zadziorki usuwało się delikatnie papierem ściernym i wychodził stół dla bogacza. Cała robota zajęła mi z 2 tygodnie.

PC: Nie chciałeś pracować jako stolarz?
K: A ja wiem czy taki dobry jestem? Ode mnie tylko ten klawisz kupił stół i powiedział, że postawi go sobie pod telewizor.

PC: Obstawiam, że badziewia by nie kupił. Kasę dał?
K: Tak, zapłacił mi w papierosach i herbacie, bo czaj był zakazany. Z tego co pamiętam to ta „prohibicja” panowała do 1980 roku. Oprócz czaju, kawy też nie mogłeś wypić.

PC: No ale przecież herbata była jako tako legalna, a z herbaty robi się czaj. Klawisze przymykali na to oko?
K: No tak, przecież nie będą nas ścigali za to, że pijemy siekierę herbatę (śmiech). Kiedyś miałem taką akcję, że do celi w Prudniku wpierdolił mi się "Adi", bo miał jakiś kaprys i chciał mi dowalić.

PC: Kto to jest?
K: "Adi" był największym skurwysynem wśród klawiszy. Wparował do mojej celi, bo robiłem sobie czaj. Sześć dupnych łyżek herbaty wrzucałeś do szklanki i było ¾ fusów i ¼ herbaty i tyle, a "Adi" zawsze robił rozpierduchę. Zaczął mi napieprzać w drzwi, to skitrałem całość pod kojo, a on wchodzi
i widzi, że z lampy zwisają kable. Facet do mnie tekst „ściągaj to”, a ja mu mówię żeby sobie sam ściągnął i dodałem „uwaga, bo kopie!” Zostawił te kable w pizdu i poszedł (śmiech).

PC: No i co się stało z tymi kablami?
K: No takiego zakończenia to się na pewno nie spodziewasz… Poszedł po gumową pałę i zaczął w nie napierdalać, a guma jest izolatorem i zniszczył moją misterną budowlę…

PC: A inni goście którzy was pilnowali? Znałeś jakichś specyficznych?
K: Oni wszyscy mieli totalnie na nas wyjebane. Udawali, że nas pilnują, a prawda była taka, że w celi mogłeś nawet zajebać gościa, a klawisz by wpadł dopiero po całej akcji. Opowiem Ci śmieszną rzecz. Kiedyś miałem takiego ziomeczka z którym ostro ćpałem. Ładowałem heroinę i nie było zmiłuj. Obaj się dosyć mocno kumplowaliśmy, ćpaliśmy i spędzaliśmy trochę czasu na fazie. Wyobraź sobie, że trafiam kiedyś do aresztu, patrzę, a on jest klawiszem! (śmiech) Paweł się nazywał, ale nazwiska Ci nie podam.


PC: No to miałeś chody. Był jakiś karcer w więzieniu?
K: Ta, to było miejsce bez materaca. Spało się na prostym, drewnianym łóżku i nie można było nigdzie wychodzić. Dzisiaj nazwałbym to izolatką z prymitywnymi warunkami spania.

PC: I faktycznie to działało odstraszająco na przestępców? Miało to jakikolwiek wpływ na ich zachowanie?
K: Kurwa mać, wiesz ilu tam się chłopa pochlastało? Samookaleczeń, to tam było od groma. To zabawne, że zabierają nam jakieś ostre narzędzia itd., a w celi od środka była szyba, a dopiero potem kraty. Chyba się domyślasz, w czym się można pochlastać, nie?

PC: Wypieprzyć szybę butem i jest materiał do krojenia. Mam jedno „ale”. Podobno na wolności też się kaleczono, bo ta czynność dodawała respectu na ulicy. Ile jest w tym prawdy?
K:Dużo. Jako przykład podam Ci Kądzialę, który pokroił się na wolności i zrobił sobie tzw sznitę książęcą. Ona jest od głowy do piersi, natomiast królewska jest od głowy do stopy, bądź od głowy do kolana. Poza tymi dwoma rodzajami samookaleczeń jest jeszcze sznita szlachecka- polega ona na chlaśnięciu żyletką czoła od prawej, do lewej. Ona nie jest robiona dla wzbudzenia szacunku, chociaż może niektórzy tak to traktują. Samookaleczenie ma służyć jako upust nazbieranych, negatywnych emocji. Są i tacy giganci, którzy potrafią połamać guzik i nim się pochlastać. Kurwa, założę się, że oni by ze wszystkiego potrafili zrobić narzędzie zbrodni. Wiesz, niektórzy mają złote ręce do brudnej roboty.

PC: Nie mogli zastosować innej metody „upustu”?
K: Jeżeli nawiązujesz do masturbacji, to ta czynność była na porządku dziennym. Ogłaszało się ogólne bicie konia i wszyscy w celi sobie jechali na ręcznym (oczywiście każdy swojego!) Światło gasło
i kimono. Tak wyglądało zakończenie dnia w pierdlu.
Koniec części II.

 


Wyświetlenia: 2046
Proponowane artykuły