Wolne-dziennikarstwo.pl - O Orlikach, PESIE i starej czapce
wolne dziennikarstwo


Będzie sentymentalnie, bez zbytniego owijania w bawełnę. Na cały tydzień powróciłem z Opola w rodzinne strony. Jak wiadomo – majówka. Pogoda znakomita, zachęcająca do aktywnego wypoczynku. Sąsiad dzwoni – jedziemy na trening. Ok. Spotkać kumpli ze starej paczki to świetna sprawa, a tym lepsza, że można pograć z nimi w piłkę. Przyjeżdżamy, a tam… 7 osób…

Wioska leżąca 12 km od Cieszyna. Nieco ponad 300 mieszkańców, kościół, sklep, bar, remiza oraz klub piłkarski LKS. Jeszcze 10 lat temu zrzeszał około 40 zawodników – obecnie 20. Szczytem marzeń było osiągniecie awansu do lokalnej A klasy. Ba, było to wielkie święto zakończone tygodniowym kacem. Każdy, kto gra w jakimkolwiek klubie, wie czym jest sławne zakończenie sezonu. Miejscowa ludność tłumnie przybywała na mecze, a najlepszy strzelec drużyny stawał się bohaterem. Karierę rozpoczynało się w wieku około 10 lat, kiedy to można było wstąpić do drużyny trampkarzy. Następnie okres juniorski z perspektywami powołania do seniorów. Co lepsi dostawali propozycje przejścia do Piasta Cieszyn lub Beskidu Skoczów. W tych klubach karierę rozpoczynał m.in. Ireneusz Jeleń. Grał każdy, kto przynajmniej umiał kopnąć piłkę. Liczyły się chęci i możliwość rywalizacji. Na trening kierownik drużyny przychodził w czapce Górnika Zabrze. Wspominał, jak było mu dane rywalizować z tym sławnym polskim klubem. Wieszał ją zawsze na haczyku przy drzwiach do szatni i życzył udanego meczu, bo jak podkreślał: „każde spotkanie może być początkiem twojej kariery”. Niejednokrotnie 2 razy w tygodniu na boisku trenowało równocześnie 30 zawodników z drużyn seniorów i juniorów. Trampkarze trenowali osobno. Po treningu obowiązkowe „jedno piwo”, a jak wiadomo na jedno nie warto wychodzić z domu. Zapełniały się miejsca w barze, integracja drużyny wzmacniana była trunkiem i każdy mógł zapomnieć o codzienności.

Weekend charakteryzowały ogromne emocje. Najważniejszy był niedzielny mecz - nagle wieś tętniła życiem. Nieważna była pogoda czy wynik - najważniejsza była możliwość wyjścia i kibicowania z całego serca. Parking zapełniał się samochodami już na godzinę przed rozgrywką, więc parkowano gdzie popadnie: na polach, łąkach i prywatnych podjazdach. Niejednokrotnie, kiedy spotykały się drużyny z sąsiednich wiosek, na meczu gościnnie występowała policja. Derby zawsze były objęte szczególną troską panów mundurowych, czasem leniwie sączących piwo. Nie było zakazów spożywania alkoholu na stadionie czy palenia. Emocje podgrzewano za pomocą okrzyków i przekleństw, skierowanych w stronę drużyny przeciwnej i sędziego. Najlepsze „kwiatki” pamiętam do dziś: „Sędzia Ty Pier…. Łupieżowcu, wsadź se gwizdek do d..y”, „Jak się nazywa mieszkaniec KW kiedy się umyje? – Czysty ch.j”. Po meczu oczywiście znowu oblegany był miejscowy bar – bez względu na wynik albo świętowano, albo zwalano winę na sędziego. Bo przecież nasi zawodnicy są najlepsi.

Co pozostało? Wspomnienie… Dziś już nie ma takich emocji, ducha wsi i rywalizacji. Drużyna oczywiście istnieje, lecz na trening przychodzi garstka. Juniorów nie zgłoszono do rozgrywek z powodu braku chętnych. Kibiców na meczu maksymalnie setka, podczas derbów niewiele więcej - największa frekwencja odnotowana 10 lat temu to nawet 800 osób. Mentalność też już nie ta - mecze są bardziej ciche, a kiedyś nie do pomyślenia było, by usłyszeć odgłos otwieranej puszki i pękanie słonecznika. Lecz to, co najbardziej skłania do refleksji, to brak dzieci grających na podwórkach, a później na treningach. Od tego właśnie się zaczynało. Dwa kołki wbite w ziemię, piłka pamiętająca zamierzchłe czasy oraz kawałek miejsca. Grało się od popołudnia do zmierzchu, bez wytchnienia, nie zważając na wybite palce i potłuczone kolana. Śmiech zwycięzców przeplatał się z płaczem przegranych. I tak mijało dzieciństwo. Obecnie dzieci mają wszystko – miejsce do grania, profesjonalny sprzęt, dostęp do lepszej opieki medycznej w razie kontuzji. Dzięki Orlikom nie gra się już na niesprawdzonych terenach i zapewniony jest nadzór osoby dorosłej. Jednak nie przewidziano jednego – coraz mniejszej ilości chętnych na aktywne spędzanie czasu. Rywalizacja przeniosła się w świat wirtualny. Drużyny podwórkowe zostały zastąpione przez te tworzone w PESIE czy w FIFIE. Tam każdy może rywalizować na równi z Messim i Ronaldo, może spełniać swoje marzenia. Lecz to tylko świat ułudy, który powoli zaczyna zastępować rzeczywistą przestrzeń rywalizacji między rówieśnikami. Kiedy się nie wygrywa, zawsze można grę wyłączyć i rozpocząć od nowa. Lecz ten fakt nie dotyczy prawdziwego życia i nie każde dziecko o tym pamięta. Dawniej rywalizacja uczyła życia, obecnie tylko je ułatwia, tworząc nieliczone możliwości nie pokrywające się z tym, co jest – a jest, cytując klasyka, albo czarne albo białe. Motto brzmiało: „żyjmy tak by na starość powiedzieć – to były czasy…”. Czy najmłodsze pokolenie będzie mogło tak powiedzieć?

Tym, co pozostało oprócz wspomnień, to także owa czapka. Kierownik nadal ją nosi. Niestety nie wisi już na haku. Nie ma tam dla niej miejsca, bo jest za stara. Rozbudowano szatnie i całe zaplecze sportowe. W szatni wisi tablica, są magnesy i czarny mazak. Kiedyś wystarczyła zwykła kartka papieru, wypisany skład i motywacja. Po ostatnim treningu rozmawialiśmy krótko na temat sportu. Powiedział mi coś co na długo zapamiętam: „Nie ma zapału młody, pieniądze zabijają sport. Nie gra się dla przyjemności, ale dla zysku. Grają tylko Ci, którym zapłacimy. Po treningu zostaję tutaj i wspominam jak dawniej wszyscy żyliśmy piłką. Dziś żyjemy pieniędzmi – co z tego, że zbudowaliśmy nowe szatnie, jak nie ma kto grać.”.

Podsumowując, zostaje mi tylko wspomnieć popularne w tych stronach powiedzenie: „to se ne wrati”. A szkoda…

Wyświetlenia: 1583
Proponowane artykuły

Zagrożona Ukraina

Kordian Gawlik

Czy Ukrainie grozi bojkot Euro 2012? Nonsens? A może jednak jest coś na rzeczy. Czy Polska powinna być gotowa na przejęcie drużyn, które swoje mecze mają zaplanowane na Ukrainie? Burza r

obrazek

Sport

Kordian Gawlik

30.4.2012

Przegwizdane

Kordian Gawlik

Kucharz, policjant, taksówkarz, a nawet… poseł. Najbardziej dochodowe zawody? A może cieszące się największym poważaniem społecznym? Nic bardziej mylnego. To zajęcia polskich sę