Wolne-dziennikarstwo.pl - Stereotypy a edukacja (III cz.)
wolne dziennikarstwo


Skończyły się piłkarskie ligi krajowe w większości krajów, a z tych o największą stawkę pozostał tylko mecz w monachijskiej Allianz Arena, czyli finał najbardziej prestiżowych piłkarskich zawodów świata, Ligi Mistrzów. Potem to już tylko odliczanie minut i sekund, więc Euro 2012 może się rozpocząć. Oczekiwania są jasne: wyjście z grupy dla Polski i tymczasowe odkładanie w niepamięć wszystkich codziennych problemów. Wyciągniemy je po mistrzostwach i wtedy to dopiero będziemy się zamartwiać co dalej. Tymczasem od 8 czerwca do 1 lipca kibice będą przyjaźnić się z nami, zwiedzać Polskę i Ukrainę, śpiewać lub płakać w zależności od wyników.

            I o tym chciałem nieco więcej, o tej symbiozie piłkarzy z kibicami oraz stereotypach w podejściu do wykonywania zawodu, także o wykorzystywaniu mitów narodowych przez jednych czy drugich. Ogólnie z zainteresowaniem patrzę, jak kibice dopingują swoje drużyny. Jak każdemu sympatykowi piłki nożnej, podobają mi się te egzotyczne i z wyobraźnią dokonane oprawy na stadionach oraz kulturalny i zdyscyplinowany doping. Ostatnio wiele się w tym światku poruszyło a to z tego względu, że po zakończeniu polskich mistrzostw piłkarskich w przeciągu 2-3 dni mieliśmy przejaw wyjątkowo niekulturalnego, werbalnego ‘kontaktu’ z kibicami, gdzie w rolach głównych wystąpili – piłkarze! Wiemy wszyscy, o co chodzi. Te wulgarne przyśpiewki wykonywane przez zawodników, moim zdaniem mają za zadanie: 1) utożsamianie się ze swoją subkulturą, w której panuje zgoda i jednomyślność, czyli łączy nas jedna miłość do swoich, jedna nienawiść do innych; 2) uzyskiwanie sympatii u pracodawcy, a także próba pozyskiwania jej i u niezdecydowanych kibiców i 3) obrażanie pewnego „znienawidzonego” subiektu lub formacji, w ten sposób pokazując ich „miejsce w szeregu”.

Na moich zajęciach z Komunikacji Interpersonalnej wraz ze studentami te zjawiska ćwiczyliśmy niejednokrotnie. Tu dorzucę parę obserwacji, ponieważ niedawno po raz pierwszy byliśmy świadkami, że to właśnie piłkarze w pewnych sytuacjach – świadomie lub nieświadomie – stali się swoistymi „liderami” grup kibicowskich. To takie bardzo proste zarządzanie zasobami ludzkimi (Human Resources Management, dalej HRM), które dawniej było rozumiane jako proces, jako nauka, którą pobiera się w szkołach i na uczelniach. Teraz za sprawą (znowu) mediów oraz najpopularniejszego sportu zbiorowego widzimy, że ten teren badawczy nieco uległ zmianie, niestety na niekorzyść takich kibiców jak ja, czyli salonowych. Realizowanie założonych celów i obietnic lub osiąganie efektów, za pomocą których pewien subiekt walczy z konkurencją, stawia nadawców tych komunikatów w bardzo niezręcznej roli - mianowicie bycia pośrednikami między właścicielami tych firm piłkarskich, a głównymi konsumentami tej zabawy. Stąd i czasami bierna postawa pracodawców do tego typu nadawców, pomimo istniejących prób rozwiązywania problemów, jak to miało miejsca nieco wcześniej, np. odsunięciem piłkarza Patryka Małeckiego od składu Wisły (który m.in. publicznie – łagodnie mówiąc – prowokował i obrażał kibiców Cracovii) i któremu niedługo potem za sprawą przyjścia nowego trenera po raz któryś dano ‘kolejną szansę’.

Z kolei przykład piłkarza z mojego rodzimego kręgu kulturowego, jak i piłkarzy aktualnego mistrza Polski, jest jakby z innej półki. O ile Małecki sięgnął po przyśpiewkę, którą prócz kibiców jego drużyny raczej mało kto w tym kraju intonuje, to Semir Štilić (niestety, w życiu prywatnym mój serdeczny przyjaciel i chłopak, o którym do tego zdarzenia miałem bardzo dobrą opinię) oraz piłkarze Śląska Wrocław sięgnęli po „utwory”, w których obraża się i odpowiednio wyśmiewa brak zdobycia przez warszawską Legię tytułu mistrza za ten rok. I tu właśnie tkwi problem. Skąd teraz te refreny i u piłkarzy, które aż do znudzenia są częstą „dekoracją” kibicowską, szczególnie w meczach z udziałem tej drużyny? O różnych przyczynach słyszałem, od czysto sportowej rywalizacji (ja lepszy, ty gorszy) po sięganie do korzeni konkurencyjnego subiektu, które nam przeszkadzają albo nie utożsamiamy się z nimi: np. Legia = wojsko, więc 1) formacja ‘nieprzyjazna narodowi’ i 2) ściąganie w swoje szeregi najlepszych polskich piłkarzy podczas PRL. Co do innych klubów panują kolejne stereotypy, o których obcy piłkarze w Polsce raczej nie wiedzieli (lub najwyżej zachowują się ignorancko): Wisła = milicja, Cracovia = klub katolicki, do tego „papieski”, Lech = ruch robotniczy, Polonia = tradycje niepodległościowe lub Armii Krajowej, drużyny ze Śląska = faworyzowane przez władze PRL (kiedy stawiano na górniczy rozwój tego regionu), Widzew czy ŁKS – też wiadomo, itp. Te stereotypy tworzyli i sami kibice, i ich rywale. Pewien mój kumpel, dobrze zorientowany w tych sprawach, wskazał mi na jeszcze jeden zupełnie inny plan, a mianowicie że te korzenie w zakresie rywalizacji regionów tkwią aż w zaborach! Nowa rzeczywistość jest taka, że te drużyny od kilku(nastu) lat zarządzane są przez prywatnych właścicieli (Telefonika, kompania ITI/TVN, holding Amica, stacja Polsat, J. W. Construction, itp.), a to dodatkowe zamieszanie, które „przeszkadza”. I to wszystko razem jest wystarczającym argumentem, by zrozumieć, że ten współczesny sportowy HRM egzystuje na tych groźnie nawarstwionych fundamentach. Dodatkowo utrudnia sytuację sprawa „potrzeby prymatu” we własnym podwórku znowu mocno nakręcanej przez sportowe media tezy, czyli „kto wygra w derbach miasta, to ten rządzi w mieście” (sic!). Przez ten węzeł komunikacyjno - informacyjny piłkarze mają prawo być zagubieni, szczególnie obcy. Nie chodzi o usprawiedliwienie ani Štilicia, ani piłkarzy mistrza Polski, lecz o pokazanie złożoności tego problemu.

Ten zły obraz pokazuje, jak bardzo w klubach piłkarskich brakuje dobrej pracy pedagogicznej, dobrej dodatkowej edukacji. Piłkarze rodem z Bałkanów (w Lechu, dawnym Groclinie, Bełchatowie i Legii) osobiście sami mi mówili, że „jest tam jakiś psycholog czy pedagog”, ale zarządy i sztaby trenerskie albo nie są specjalnie zainteresowane tym rodzajem pracy ze swoimi pracownikami, albo za to – skupieni na osiągnięciu przede wszystkim dobrych wyników sportowych – po prostu nie mają za wiele czasu. A propos stranieri w polskim sporcie, ja bym wprowadził choć podstawowe lekcje historii (i ogólnej kultury) Polski, do tego od samego startu wzmocniłbym naukę rodzimego języka, jak to się robi w zagranicznych klubach. Wiem również (sam przy tym pomagałem), że czołowe polskie kluby organizują lekcje z języka polskiego, ale jak to widzimy co tydzień w pomeczowych relacjach, u większości innych piłkarzy i trenerów polszczyzna pozostawia wiele do życzenia, pomimo dobrej woli komentatorów. Owszem, z wyjątkiem dłużej tu grających piłkarzy, świetnie posługujących się polskim, jak np. Vuković, Radović, Injac, Hernani, Edi i inni. Owszem, oni by odpowiedzieli, ale „my nie jesteśmy tutaj by mówić sprawnie po polsku, lecz by w piłkę grać”. OK, ale przepraszam, to jak zrozumieją ten byt? Tą rywalizację? Jeżeli sprawnie się nie posługujemy polskim i nieznany jest nam rodowód tych kibicowskich zaciekłości?

Żeby nie było, że jest tak źle z edukacją sportowców w Polsce (zagranicznych i nie tylko, bo te przyśpiewki contra Legii były również śpiewane i przez polskich piłkarzy Śląska Wrocław), dotarł do nas i obraz z Manchesteru, gdzie argentyński napastnik Carlos Tevez w pomeczowej euforii po zdobyciu tytułu mistrza Anglii prawie w ostatniej sekundzie, pokazał się przed swoimi kibicami z kartką „R.I.P. Fergie”. Czyli, komunikat, który miałby nam oznajmić: raz, że odebraliśmy tytuł lokalnemu rywalowi, a dwa - nadchodzą już „nasze” czasy.

Stereotypy związane ze „znienawidzonym” rywalem sięgają początku istnienia cywilizacji współczesnej. Uzasadnienie może zabrzmieć i tak: wszędzie tak jest, czemu w Polsce musi to być najgorzej? Przeczytałem takie posty w internecie, ale to tak nie jest. Na przykład na Bałkanach na trybunach na dodatek widoczne są i wewnątrz-narodowe, regionalne, ale i między-etniczne animozje, również i te w/w, związane z rodowodem klubowym. Np. „wojskowy i pro-jugosłowiański” Partizan versus „policyjna i proserbska” Crvena Zvezda w Belgradzie. Macedoński symbol narodowy Vardar Skopje versus albańska duma Shkëndija z Tetova. W Chorwacji niezależny i tradycyjnie „niepodatny obcym wpływom” dalmatyński Hajduk Split versus faworyzowany „przez lewicowe kręgi za czasów ex-Jugosławii” Dinamo Zagrzeb, i tak dalej w nieskończoność. W Polsce widzieliśmy nawet takie transparenty: Grunwald 1410 - Westerplatte 1939 - Dortmund 2006 w przeddzień MŚ, czyli z jasnym przekazem niewerbalnym, co czeka tamtych „po drugiej stronie”. Albo transparent wspierający serbskich zawodników grających w Polsce pt. „Kosovo je Srbija”. Teraz jednak doszło do pewnego przełomu, czyli stereotyp nielubienia „faworyzowanej przez warszawskie media” drużyny (jak to przeczytałem gdzieś w „uzasadnieniu”, dlaczego wszyscy nie lubią Legii Warszawa, a m.in. ich fani ogłosili swój klub „mianem mistrza Polski jeszcze w lutym b.r.”, co było też nonsensem samym w sobie), po prostu nie dość, że przybliżył piłkarzy do kibiców, wręcz ich w tej subkulturze zjednoczył przeciwko wspólnemu wrogowi.

Trzeba temu wszystkiemu zapobiegać. Cierpliwie i trwale. I to wszyscy: socjologowie, psychologowie, kulturoznawcy, ale i nie tylko. Wy studenci też, bo to wy jutro, gdy nas nie będzie, zadbacie o dobro tego kraju. Żebyśmy się zrozumieli, ta symbioza nadal będzie istnieć, bo jedno bez drugiego nie funkcjonuje, tak jak pisałem w pierwszej części o nas. Ale to musi być oparte na zdrowych fundamentach, na prawidłowym transferowaniu wiedzy oraz kulturalnym i właściwym generowaniu efektów kształcenia. My wszyscy musimy tym ludziom pomóc, byśmy nie podpadli dewiacyjnemu zachowaniu na stadionach i ulicach, a gdzie ofiarami będą niestety sportowcy. W imię sportu, którego wspólnie lubimy i sprawia nam tyle radości. Tym bardziej, że centralna impreza piłkarska w tym roku w Europie odbędzie się w naszym kraju.

 

 

Wyświetlenia: 1707
Proponowane artykuły